czwartek, 11 czerwca 2015

Rozdział 20

Luke

            Przez parę kolejnych dni moje życie było... Spokojne. Żadnych dziwnych sytuacji i zero niebezpieczeństwa.
            Może to dlatego, że Naomi zapadła się pod ziemię, dosłownie.  Nie odbiera telefonów, nie odpisuje na smsy, bo nie zabrała telefonu i nie ma jej w domu od trzech dni. To nie jest normalne zachowanie. Nikogo o tym nie poinformowała, więc słowo „martwimy się” to za mało. Isabell razem z Davidem, który po długich bijatykach z rodzicami i lekarzami, wyszedł wcześniej ze szpitala, odchodzą od zmysłów. Michael z Ashtonem byli u pani Clifford, aby zaczęła jej poszukiwać. Pan Samandio zamknął wszystkie filie swojej pizzerii, aby rozpocząć poszukiwania na własną rękę. Calum większość czasu spędzał ze mną. On i bliźniaki załamali się nerwowo. Nie wiedzą, co ze sobą począć i ciągle jęczą nade mną, żebym ją znalazł.
            Jako ostatni widziałem Naomi, więc to ja jestem głównym celem najróżniejszych pytań. W mojej głowie ciągle słyszę jej słowa, a na wargach czuję dotyk jej ust. Połączenie tych dwóch rzeczy doprowadza mnie do szału, bo to złamało wszelkie granice między nami, a świadomość, że nie mogę nic zrobić, aby ją odnaleźć, załamuje mnie.
            Coś mi w tym wszystkim nie pasowało, ale nie mogłem zrozumieć co. Wszyscy biegają i organizują poszukiwania Naomi, ale tylko jedna osoba, która się do niej zbliżyła, nie okazała żadnego zainteresowania ze swojej strony jej losem. Nie zadzwoniła i nie przyjmowała się, że córka jego przyjaciela, której obiecała wszelką pomoc, zaginęła.
            - Wiem gdzie może być! - krzyknąłem i poderwałem się z kanapy, a razem ze mną Cal i bliźniacy.
            - Masz na myśli Naomi? - zapytał z nadzieją Diego.
            - Nie, ciebie idioto - warknąłem - Jasne, że nią.
Nie czekając na nich, wybiegłem z domu i skierowałem się na podjazd. Wsiadłem do samochodu, a za sobą usłyszałem dźwięk zatrzaskujących się drzwiczek. Spojrzałem w lusterku na tylne siedzenie i zobaczyłem zapinających pasy chłopaków.
            - Nie ma czasu! Jedź! - krzyknął Calum.
Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę komisariatu, gdzie akurat teraz przebywał Ashton z Michael’em w towarzystwie pani Clifford.
            Jestem pewny tożsamości zabójcy, a zarazem i porywacza Naomi. Prawda została ujawniona na samym początku w Melbourne, ale została tak dokładnie ukryta, że nikt się jej nie spodziewał akurat w tej osobie.
            Parokrotnie przekroczyłem dozwoloną prędkość, co może być później skutkiem kilku mandatów do zapłacenia, ale teraz to najmniej ważne. Zaparkowałem tuż pod samy wejściem na komisariat. Wyskoczyłem z samochodu jak poparzony i wbiegłem do rejestracji. Słyszałem za sobą kroki Caluma i bliźniaków, gdy wchodziłem po schodach na drugie piętro. Ludzie posyłali mi nieprzyjemne spojrzenia i coś krzyczeli, kiedy któregoś z nich przez przypadek popchnąłem.   Wpadłem do biura pani Clifford, a spojrzenia wszystkich zebranych spoczęły na mnie.
            - Luke... - zaczęła mama Michaela.
            - Wiem kto ją porwał - wysapałem - Eric Paterman.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            W biurze Frances Clifford zapanował zamęt, gdy przyjechała Isabell z Davidem. Każdy przerywał każdemu, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Cały harmider przerwał dźwięk przeszywającego gwizdu.
            - Cisza - powiedziała władczo mama Mikey'go - Pozwólcie mi się skupić, bo inaczej nic nie zrobimy.
Usiadła na krześle i zadzwoniła do kogoś. 
            - Rick szukaj w bazie danych Ericka Patermana i poproś Lise żeby go namierzyła. Dzięki. Jesteś kochany.
Rozłączyła się i popatrzyła na nas krytycznym wzrokiem. Jest zdenerwowana całą sytuacją i obecnością tylu osób w swoim biurze.
            - Zostańcie tutaj. Zaraz wracam - rzuciła i wyszła z pomieszczenia, przepychając się przez naszą grupę.
Staliśmy w ciszy, spoglądając na siebie. W końcu Michael z westchnięciem stanął w framudze drzwi.
            - Pieprzyć to. Czekanie jest nie do wytrzymania, gdy wiesz, że twoja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie.
            - Mikey! - Isabell zatrzymała go i pocałowała - Dziękuję za to co robisz. Chodźmy.
Znikli nam z oczu. Szybka kalkulacja i pobiegłem za nimi, a tuż za mną reszta. Musiało to dziwnie wyglądać. Grupka nastolatków idąca przez korytarz wydziału zabójstw i zaginięć. Przeszliśmy przez szklane drzwi do pomieszczenia pełnego komputerów. Na dużym ekranie wyświetlono zdjęcie Patermana i jego dane.
            - Mieliście zostać w biurze, a nie urządzać sobie procesje - warknęła pani Clifford, odchodząc od jednego z komputerów, przy którym siedziała Lisa.
Ashton zignorował ją całkowicie i podszedł do dziewczyny niewiele starszej od nas. Ma niesamowity dar do wszelkiego sprzętu namierzającego i, gdyby nie miłość Asha do swoich laptopów to ożeniłby się z nią.
            - Hej Fox. Znalazłaś coś? - zapytał luźno, ale widziałem jak wyciera dłonie o swoje spodnie.
            - Cześć Irwin. Jak na razie nic. Ma wyłączone wszytkie urządzenia. Laptopy, tablety i telefony. Nie da się go namierzyć - westchnęła dziewczyna.
            - Namierzaj go dalej Lisa - poleciła pani Clifford - A wy macie czekać w bufecie. Poszli stąd.
            - Ja zostanę - poinformowała Ashton, przystawiając sobie krzesło koło Lisy.
            Frances przetarła dłonią twarz. Wyglądała na starszą o dziesięć lat. Widać, że ma już dosyć tego wszystkiego. Nasze hałaśliwe i namolne towarzystwo, zaginięcie i w dodatku sprawa sprzed miesięcy, której nie rozwiązała, powraca.
            Skinąłem głową do rudowłosej kobiety, na co ta posłała mi słaby uśmiech.
            - Chodźcie - szepnąłem. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Do bufetu wszedł Ashton. Pomimo całej sytuacji uśmiechał się szeroko, włosy miał lekko zmierzwione, a jego oczy błyszczały.
            - Ash podrywa starsze - zaśmiał się Calum.
            - Jest starsza tylko o trzy lata - oburzył się chłopak, ale uśmiech zaprzeczał jego tonowi głosu.
Oparłem łokcie o mały stolik i twarz schowałem w dłoniach. Zacząłem znowu myśleć o tym dniu w szpitalu. Naomi przed zniknięciem spędziła z nami cały dzień. Nienawidziła przebywać w tym miejscu, ale my wszyscy tam byliśmy. Chciała być z nami jak najdłużej. To było jej ciche pożegnanie. 
            - Ona sama odeszła - szepnąłem zszokowany. 
            - Co ty tam mruczysz pod nosem? - zapytał Diego, siedzący koło mnie. 
Popatrzyłem na niego z szeroko otwartymi oczami. Jak ona mogła to zrobić? Jej największy koszmar stał się rzeczywistością z na jej własne życzenie.
            - Stary, co się stało? - zadał kolejne pytanie bliźniak i każdy w pomieszczeniu zainteresował się jego słowami. 
            - Naomi sama zgodziła się na własną śmierć - szepnąłem, ale na tyle głośno, że każdy mnie usłyszał. 
Isabell zaczęła cicho płakać i kręcić głową, nie chcąc uwierzyć w moje słowa. Reszta patrzyła na mnie zdezorientowana, a David ruszył w moją stronę z zaciśniętymi pięściami. 
            - Jak śmiesz tak mówić? - warknął. 
- Taka prawda - powiedziałem poważnie, patrząc mu w oczy - Nie zauważyliście tego? Naomi spędziła z nami cały dzień, a później zniknęła. To było pożegnanie. 
            - Ale dlaczego? - wychlipała Izzy. 
            - Nie wiem! Nie czytam w jej myślach - krzyknąłem. 
            Zapadła cisza. Każdy zapewne przypominał sobie ostatnie spotkanie z Farell. Jak się razem z nią śmiali, rozmawiali, jej uśmiech i jak wyglądała. Mimowolnie w mojej głowie pojawiła chwila, w której przyszedłem do niej wieczorem, dzień przed jej zniknięciem. 

 - Luke, potrzebuję twojej pomocy, aby dowiedzieć się, dlaczego to się stało, ale potrzebuję także ciebie, aby dać sobie radę. 
 Podniosła się na łokciach i zawisła nad mną. W ciemności widziałem jej błyszczące oczy. Nachyliła się i pocałowała mnie. Jej dłonie odnalazły moje włosy, które po chwili zaczęła pociągać delikatnie, wywołując u mnie ciche westchnięcia. Objąłem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, aby mieć jej ciało jeszcze bliżej siebie. Delikatnie przejeżdżałem dłońmi po jej bokach, drapiąc ją, co chwilę po plecach. Przechyliłem głowę, pogłębiając pocałunek. Nie odrywając swoich ust od niej, przeturlałem nas tak, że teraz ona była pode mną. Zacząłem całować ją po linii pod policzkach, schodząc niżej. Naomi westchnęłam cicho, gdy przygryzłem skórę na jej szyi i zacząłem ją ssać. Pociągnęła mocniej za moje włosy, na co cicho mruknąłem. Wróciłem ustami do jej usta i pocałowałem ją przeciągle. Czułem jak Naomi wkłada w ten pocałunek swoje wszystkie emocje. Od tych całkowicie normalnych, aż po te skrajne, które nie powinny non stop być w żadnym człowieku. Miłość i trochę pożądania, a także strach oraz… Desperacja? Podniosłem się wyżej, aby widzieć jej całą twarz.
           - Nie masz się, o co martwić. Zawsze będę przy tobie - szepnąłem, a ona westchnęła smutno. 

            Nagle David odchrząkną i wyciągnął z kieszeni białą kopertę. Popatrzyłem przerażony na nią, bo jedyna myśl jaka pojawiła się w mojej głowie to to, że on napisał. Jednak widząc jak chłopak gładzi papier i patrzy na mnie niego ze smutkiem zrozumiałem, że jest to coś innego. 
            - Nie powiedziałem wam wszystkiego - zaczął David, a każde spojrzenie skierowało się na niego - Wtedy w szpitalu Naomi dała mi list. Mówiła, że to mowa pożegnalna jaką chciałaby wygłosić na swoim pogrzebie i nie mogę otworzyć koperty dopóki nie będzie to potrzebne. 
            Każdy patrzył na niego ze zdziwieniem i złością. Zataił tak cenną informację. 
            Calum zerwał się na równe nogi i wyrwał mu kopertę. Rozerwał papier i wyciągnął z niej kartkę. Widziałem prześwitujący drobny druk, którym został zapisany cały list. Zmrużył oczy tak jak miał to w zwyczaju i przebiegł wzrokiem po linijkach. 
            - Kurwa - szepnął i otworzył szerzej oczy. 
            - Czytaj ten list - warknął Lucas, nie mogąc wytrzymać napięcia. 
Calum zerknął na mnie niepewnie na co pokiwałem głową. Chłopak odchrząknął i zaczął czytać.

Przepraszam.
To jedyne słowo jakie ciśnie mi się na usta, pisząc to.
Nie chciałam was w to wpakować. Nie sądziłam, że to wszystko będzie miało takie złe skutki. Wasze życie zmieniło się w piekło tylko dlatego. że zachciało mi się pobawić w detektywa. Nigdy nie powinnam was w to wciągać.
Zastanawiacie się, gdzie jestem. Jeżeli David dotrzymał obietnicy to oznacza, że już nie żyję. Poddałam się. Nie mogłam pozwolić, aby któremuś z was coś jeszcze się stało. Nie mogłam. Dostałam list od niego. Obiecał, że zostawi was w spokoju jeżeli odpuszczę. Tak właśnie zrobiłam. Spotkałam się z nim. Ten dzień w szpitalu był naszym ostatnim wspólnym dniem. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli. Zrobiłam to dla was. Zapomnijcie o mnie. Żyjcie dalej jakbyście nigdy mnie nie poznali. Kocham was wszystkich i będę tęsknić. Za Calumem i jego humorem. Michael’em i jego włosami. Ashtonem i próbami ucieczki ze szpitala, w których nigdy nie chciałam mu pomóc, za co go przepraszam. Bliźniakami i ich szalonymi imprezami. Isabell i naszą przyjaźnią. Davidem i jego zachowaniem rodzica. Luke'iem i naszym uczuciem. Ułóżcie sobie życie jakie zawsze chcieliście mieć. Isabell, wszystko, co moje jest teraz twoje. Jeszcze raz. Kocham was, zastąpiliście mi rodzinę. 
Naomi

            Patrzyliśmy osłupieni na list w dłoniach Cala. Isabell zaczęła znowu płakać, a Michael ją pocieszać. Bliźniacy szukali oparcia w sobie, spoglądając co chwilę na siebie. Calum nienawistnym wzrokiem wpatrywał się w list. David wyglądał jakby miał coś rozwalić, a Ashton na zrezygnowanego. A ja? Ja nie wiedziałem, co ze sobą począć. To nie może się tak skończyć. Naomi nie może umrzeć, poświęcić się po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. 
            Dźwięk dzwoniącego telefonu wyrwał wszystkich z rozpaczy.  Ashton sięgnął po telefon i odebrał go. Zerwał się z miejsca i uśmiechnął się szeroko. Jego szczęście nie trwało długo, bo po chwili wyglądał na zdenerwowanego. 
            - Lisie udało się go namierzyć - westchnął - Jest w Melbourne. 
            - Gdzie dokładnie? – zapytałem, stając na nogi gotowy na każda ewentualność. 
            - W domu babci Naomi. 
Każdy wstał, ale nie wiedzieliśmy, co robić dalej. Patrzyliśmy po sobie, zadając sobie nieme pytanie. Cholera. Nikt nie pomyślał, że będziemy musieli jechać tak daleko. 
            - Samochody już czekają - powiedziała mama Michael’a, której przyjścia nikt nie zauważył - Musimy jechać jeżeli chcecie ją uratować. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Pomimo braku zgody mamy Michael'a zajęliśmy jeden opancerzony samochód i całą grupą jechaliśmy do Melbourne. Każdy próbował na swój sposób zabić czas, ale gdy tylko kierowca oznajmił, że jesteśmy prawie na miejscu wszyscy spięliśmy się. Miałem wrażenie, że każdy teraz w głowie ma najgorszy scenariusz jaki możemy zastać w domu babci Naomi. 
            - Co jeżeli ona... - zaczęła Isabell, ale szybko urwała. 
            - Nie myśl o tym - szepnął David głosem pełnym determinacji - To Naomi ona zawsze wychodzi z wszystkiego cało. 
Wóz zatrzymał się nagle, a nami szarpnęło. Byłem w połowie otwierania drzwi, gdy na zewnątrz rozległy się strzały. Ashton skoczył szybko do drzwi i je zatrzasnął. 
            - Co się tam dzieje do cholerny?! - krzyknął Michael do kierowcy. 
            - Ktoś strzela z dachu domu - odpowiedział mu mężczyzna opanowanym głosem - Mamy to przeczekać. Inni się tym zajmą. 
            - Mówią inni masz na myśli moją mamę? - zapytał Clifford, zaciskając usta w cienką linię. 
            Kierowca nie odpowiedział, ale Michael odebrał to jako potwierdzenie, bo zaczął kręcić się na swoim miejscu i próbował wyglądać przez okna. Czekaliśmy spięci na rozwój wydarzeń, a to oczekiwanie było męczące. Każda minuta oddalała nas od Naomi. Nie wiemy, ile czasu jej zostało. 
            Zapadła cisza. Słyszałem polecenia wydobywające się z ust Frances. Drzwi otworzyły się na rozczesz, a w nich pojawiła się rudowłosa kobieta. Michael odetchnął z ulgą i rzucił się na swoją matkę. 
            - Cieszę się, że nic ci nie jest - powiedział cicho, ale i tak go usłyszałem. 
Kobieta pogłaskała syna po plecach i skinęła na nas dłonią. 
            - Wchodzimy - rzuciła krótko i puszczając Michael’a, odwróciła się w stronę domu. 
 ___________________________________________________

Witam wszystkich!
Wprost nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem tego rozdziału!
Został przygotowany już wiele dni temu, a poprawiało mi się go tak przyjemnie jak żaden inny.
Zagadka rozwiązana!
Zaskoczeni?
Komentujcie.

Zostały już tylko 2 rozdziały + epilog!
Mam nadzieję, że będzie tak chętnie komentować to, co zostało tak samo jak poprzedni rozdział.

PS. Uruchomiłam zakładkę "Spam" oraz zaczęłam prowadzić nowego bloga, którego znajdziecie w zakładce "Moje blogi". Zapraszam tu i tu!

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Informacje

#1

Dziś postanowiłam przywrócić zakładkę "Spam", więc już teraz możecie się ze mną dzielić swoimi blogami! 
Zachęcam gorąco do tego, bo zawsze odwiedzam Wasze blogi i zostawiam po sobie jakiś ślad. :)

#2

Nie wiem, co mnie podkusiło (prawdopodobnie moja siostra i przyjaciółka, autorka bloga This is not true, które mnie do tego zachęcały), ale od dłuższego czasu pisałam dla siebie kolejne opowiadanie. Zostało już dodane, a link do niego znajdziecie w zakładce "Moje blogi". Wszystko jest tam świeże dopiero niedługo zacznę go rozwijać, więc mam nadzieję, że pomimo wszystko Wam się spodoba. :)

Do zobaczenia na Survive even the end of the world już jutro!


sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 19

Naomi 

            Gdy tylko usłyszałam równomierny oddech Luke'a, powoli wyplątałam się z jego objęć. Tak bardzo chciałam zostać i leżeć koło niego, obserwując w ciemnościach jego pogrążoną w spokojnym śnie twarz. Nieświadomy tego, co planuję. Naprawdę go kocham, a to oznacza, że nie mogę pozwolić, aby coś mu się stało. Ani jemu, ani reszcie. 
            Zeszłam z łóżka i zerknęłam na telefon blondyna. Jedenasta w nocy. Godzina powinna mi wystarczyć. Nachyliłam się nad chłopakiem i odgarniając włosy z jego twarzy, ostatni raz spojrzałam na niego. Pocałowałam go w policzek i po cichu zaczęłam wymykać się z domu. Czułam się jak włamywacz, chcący jak najszybciej uciec z okradzionego miejsca, ale byłam we własnym domu. Zamiast wyjść drzwiami skorzystałam z tarasu, aby nie robić hałasu.
            Przeszłam na przód domu i ogarnęłam wzrokiem cały budynek. To w tym miejscu zostali zabici moi rodzice, a mi i tak jest przykro opuszczać to miejsce. Nagle w głowie pojawiła mi się niechciana myśl. Jeszcze mogę z tego zrezygnować.
            - Tchórz i egoistka –szepnęłam sama do siebie.
Jakby to o mnie świadczyło, gdybym się teraz wycofała. Pozwoliłabym, aby moi przyjaciele nadal cierpieli. Pokręciłam głową, zażenowana swoją słabością.
            Westchnęłam i powoli zaczęłam iść w dobrze znanym sobie kierunku.
            Przez głowę przelatywały mi wszystkie wspaniałe chwile mojego krótkiego życia. Jedynie o tym chciałam teraz myśleć. Każdy dzień z rodzicami, poznanie Davida, a później Isabell, pierwszy raz w pizzerii i spotkanie bliźniaków, nawet pojawiła się pierwsza randka z Nickiem, dzień w biurze ojca Luke'a. W duchu dziękowałam sobie, że nie zgodził się mi pomóc, bo inaczej nie poznałabym jego syna.
            Rozejrzałam się po okolicy. Dostałam gęsiej skórki w końcu uświadamiając sobie w pełni, co robię i jak się czuję. 
            Szłam ciemnymi ulicami przedmieści Sydney prosto na cmentarz. Strach dławił mnie i zmuszał do zwrócenia, ale ja brnęłam dalej. Nogi miękły mi z każdym krokiem i chciały, abym opadła na chodnik w tym miejscu i tu została. Brzydziłam się swoją słabością. Nigdy nie byłam słaba, ale ostatnie wydarzenie mnie zniszczyły. Wiem, że podjęłam dobrą decyzję. Nikt nie może przeze mnie cierpieć. Zmieniłam ich życie w piekło, więc teraz ja to wszystko rozwiąże. Raz i na zawsze.         Pomimo mojej tragicznej sytuacji potrafiłam się uśmiechnąć, przypominając sobie żarty Caluma albo uśmiech Luke'a, który przyspieszył bicie mojego serca w dobry sposób, a nie w taki jak teraz. Szłam z uśmiechem na śmierć. 
            Zatrzymałam się przed wejściem na cmentarz i głośno wciągnęłam powietrze. Przez chwilę rozważałam ucieczkę, ale tylko przez chwilę. Pewnym krokiem zamierzałam w stronę nagrobków, przy których kiedyś spędzałam wiele czasu. Cała chwilowa pewność siebie wyparowała, gdy stanęłam przed grobami swoich rodziców. Nie mogę uwierzyć, że wybrał to miejsce. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że załamię się jeszcze bardziej, widząc imiona moich rodziców wygrawerowane na czarnym marmurze. Opadłam ciężko na trawę przed grobami i ciężko oddychając, próbowałam uspokoić zszargane nerwy. Strach narastał we mnie, przyspieszając bicie serca do granic możliwości. Czułam się jakby miało mi zaraz wyskoczyć z piersi.
            Przełknęłam łzy strachu i smutku i rozejrzałam się dookoła. Nie wiedziałam, która godzina i czy jestem na czas, bo nie wzięłam telefonu. Jego warunek, a ja muszę na niego przystać, aby to wszystko skończyć. Mam nadzieję, że nie przegapiłam okazji na skończenie tego obłędu. 
            - Przyszłam...
Chciałam krzyknąć, ale udało mi się jedynie szepnąć.
             Nerwowo rozglądałam się dookoła. Nie potrafiłam zapanować nad ciekawością jaka się we tliła. Poznam zabójcę, a zarazem swojego ojca, którego tak długo szukałam. Nieuchwytny morderca idealny. 
            Niespodziewanie poczułam mocne uderzenie w głowę. Później była tylko ciemność. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Otworzyłam oczy. Pulsujący ból w okolicach skroni był nieznośny. Czułam zimno rozchodzące się po moim ciele.
            Miejsce wydawało się być mi znane. Półki zapełnione słoikami, ściany z cegły i zakurzona, mała kanapa. Piwnica w domu babci. Melbourne. Tak daleko od Sydney. Ostatnia nadzieja, że może mnie odnajdą znikła.
            Chciałam podnieść dłonie do góry, ale coś je blokowało. Spojrzałam w dół. Zamrugałam kilkakrotnie, dziwiąc się, że jestem przywiązana do krzesła. Serce zaczęło bić mi szybciej. 
            - Witaj, córko. 
            Rozejrzałam się dookoła, aż mój wzrok napotkał postać, stojącą w rogu pomieszczenia. A więc to jest ten moment. Poznaję zabójcę rodziców i babci, a także osobę, która skrzywdziła moich przyjaciół. Powinnam czuć szczęście, ale jedynie, co teraz miałam w bolącej głowie to strach. Nie tak sobie to wyobrażałam. Miałam go znaleźć, nasłać na niego policję, miał zgnić w więzieniu, a jak to się kończy? Siedzę przywiązana do krzesła i czekam z szybko bijącym sercem, aż zobaczę jego twarz. Twarz mojego ojca. 
            - Nie odpowiesz tatusiowi? - zapytał głos bardzo dobrze mi znany, którego wcześniej nie skojarzyłam. 
Nie odpowiedziałam. Czekałam, aż w końcu się pokaże. Musiałam mieć pewność, że moje nagłe przypuszczenia są słuszne. Nie chcę, aby takie były, bo załamałoby mnie to jeszcze bardziej.
            W ciemności zobaczyłam błysk. Coś miał w dłoni. Nóż? Podszedł bliżej, nadal bawiąc się przedmiotem, a gdy zobaczyłam jego twarz wszystko ustało. Mój koszmar senny stał się rzeczywistością. Blond włosy i delikatne rysy twarzy, które odziedziczyłam po nim i ciemnie, niemal czarne oczy, świdrujące dziurę w moim brzuchu. Pamiętam to. Wydarzenia z tamtego dnia znowu stanęły mi przed oczami, ale szybko je odegnałam.
            W tym momencie upewniłam się, kto jest moim ojcem. Czułam się zdradzona i oszukana. Chciałam móc temu zaprzeczyć, ale rzeczywistość jest brutalna.
            Niepokój narósł we mnie jeszcze bardziej. On był cały czas przy mnie, ale ja nie byłam tego świadoma. Zrobił dla mnie tyle dobrych rzeczy, a teraz, co? Okazuje się, że wszystkie jego działania miały na celu moje całkowite zniszczenie i psychiczne, i fizyczne.
            Całe nasze dochodzenie, strach, cierpienie i cała ta chora zabawa dążyła do tej chwili. Mojej śmierci w torturach. Uśmiechnęłam się do siebie.
            - Czy ty się uśmiechasz? – wychrypiał, ilustrując dokładnie moją twarz. 
            - Tak. 
            - Dlaczego? 
            - Bo wiem, kto jest zabójcą, kto wyrządził mi taką krzywdę. Przyszłam tutaj nie tylko po to, aby moi przyjaciele byli bezpieczni, ale też po to, aby w końcu się dowiedzieć wszystkiego. Chęć poznania prawdy, przezwycięży strach - zaśmiałam się nerwowo, chcąc rozładować napięcie, kumulujące się w moim wnętrzu. 
            Śmiech okazał się być błędem, bo poczułam jak coś ostrego przejeżdża po moim policzku. Krzyknęłam z bólu. 
            - Chcesz poznać całą prawdę od początku? - zapytał, a ja pokiwałam głową - Zróbmy tak. Za każdą ranę będę opowiadać ci kawałek historii, a gdy historia się skończy zabiję cię. 
            - Sadysta – syknęłam, biorąc głęboki wdech.
Nie miałam nic do stracenia. Prędzej czy później zabiłby mnie. Ból można wytrzymać jeżeli chodzi o tak cenną rzecz jak dowiedzenia się, za co zginęli moi rodzice. 
            - Nich będzie - szepnęłam. 
            Nóż wbił mi się w ramię, aż mogłam poczuć jak dotyka mojej kości. Krzyknęłam zaskoczona nagłą falą bólu. Zagryzłam wnętrze policzków, nie chcąc, aby moje krzyki sprawiały mu jeszcze większą radość. Mogłam tylko patrzeć jak moja skóra jest rozrywana na dwie części. 
            - To mi się podoba - mruknął zachwycony - Możemy zaczynać.
            Jęknęłam pomimo wszystko. Czułam jak mój organizm pragnie, aby mnie zabił. Mój mózg krzyczał, że podjęłam złą decyzję, chcąc, żeby opowiedział mi całą historię. Wiedziałam, że to dopiero początek cierpień. Takiego zła nie wyrządza się przez jakiś błahy powód. Cała historia musi mieć drugie dno, które ja muszę poznać.
            Powiedziałam, że chęć poznania prawdy przezwycięży strach. To prawda, bo przestałam bać się nawet tego, co mogę usłyszeć.
__________________________________________________________

Witam wszystkich!
Podoba mi się ten rozdział, co mocno mnie zdziwiło.
Mam nadzieję, że Wam także.
Coraz bliżej końca, bo zostały tylko 3 rozdziały + epilog.
Komentujcie!