sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 19

Naomi 

            Gdy tylko usłyszałam równomierny oddech Luke'a, powoli wyplątałam się z jego objęć. Tak bardzo chciałam zostać i leżeć koło niego, obserwując w ciemnościach jego pogrążoną w spokojnym śnie twarz. Nieświadomy tego, co planuję. Naprawdę go kocham, a to oznacza, że nie mogę pozwolić, aby coś mu się stało. Ani jemu, ani reszcie. 
            Zeszłam z łóżka i zerknęłam na telefon blondyna. Jedenasta w nocy. Godzina powinna mi wystarczyć. Nachyliłam się nad chłopakiem i odgarniając włosy z jego twarzy, ostatni raz spojrzałam na niego. Pocałowałam go w policzek i po cichu zaczęłam wymykać się z domu. Czułam się jak włamywacz, chcący jak najszybciej uciec z okradzionego miejsca, ale byłam we własnym domu. Zamiast wyjść drzwiami skorzystałam z tarasu, aby nie robić hałasu.
            Przeszłam na przód domu i ogarnęłam wzrokiem cały budynek. To w tym miejscu zostali zabici moi rodzice, a mi i tak jest przykro opuszczać to miejsce. Nagle w głowie pojawiła mi się niechciana myśl. Jeszcze mogę z tego zrezygnować.
            - Tchórz i egoistka –szepnęłam sama do siebie.
Jakby to o mnie świadczyło, gdybym się teraz wycofała. Pozwoliłabym, aby moi przyjaciele nadal cierpieli. Pokręciłam głową, zażenowana swoją słabością.
            Westchnęłam i powoli zaczęłam iść w dobrze znanym sobie kierunku.
            Przez głowę przelatywały mi wszystkie wspaniałe chwile mojego krótkiego życia. Jedynie o tym chciałam teraz myśleć. Każdy dzień z rodzicami, poznanie Davida, a później Isabell, pierwszy raz w pizzerii i spotkanie bliźniaków, nawet pojawiła się pierwsza randka z Nickiem, dzień w biurze ojca Luke'a. W duchu dziękowałam sobie, że nie zgodził się mi pomóc, bo inaczej nie poznałabym jego syna.
            Rozejrzałam się po okolicy. Dostałam gęsiej skórki w końcu uświadamiając sobie w pełni, co robię i jak się czuję. 
            Szłam ciemnymi ulicami przedmieści Sydney prosto na cmentarz. Strach dławił mnie i zmuszał do zwrócenia, ale ja brnęłam dalej. Nogi miękły mi z każdym krokiem i chciały, abym opadła na chodnik w tym miejscu i tu została. Brzydziłam się swoją słabością. Nigdy nie byłam słaba, ale ostatnie wydarzenie mnie zniszczyły. Wiem, że podjęłam dobrą decyzję. Nikt nie może przeze mnie cierpieć. Zmieniłam ich życie w piekło, więc teraz ja to wszystko rozwiąże. Raz i na zawsze.         Pomimo mojej tragicznej sytuacji potrafiłam się uśmiechnąć, przypominając sobie żarty Caluma albo uśmiech Luke'a, który przyspieszył bicie mojego serca w dobry sposób, a nie w taki jak teraz. Szłam z uśmiechem na śmierć. 
            Zatrzymałam się przed wejściem na cmentarz i głośno wciągnęłam powietrze. Przez chwilę rozważałam ucieczkę, ale tylko przez chwilę. Pewnym krokiem zamierzałam w stronę nagrobków, przy których kiedyś spędzałam wiele czasu. Cała chwilowa pewność siebie wyparowała, gdy stanęłam przed grobami swoich rodziców. Nie mogę uwierzyć, że wybrał to miejsce. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że załamię się jeszcze bardziej, widząc imiona moich rodziców wygrawerowane na czarnym marmurze. Opadłam ciężko na trawę przed grobami i ciężko oddychając, próbowałam uspokoić zszargane nerwy. Strach narastał we mnie, przyspieszając bicie serca do granic możliwości. Czułam się jakby miało mi zaraz wyskoczyć z piersi.
            Przełknęłam łzy strachu i smutku i rozejrzałam się dookoła. Nie wiedziałam, która godzina i czy jestem na czas, bo nie wzięłam telefonu. Jego warunek, a ja muszę na niego przystać, aby to wszystko skończyć. Mam nadzieję, że nie przegapiłam okazji na skończenie tego obłędu. 
            - Przyszłam...
Chciałam krzyknąć, ale udało mi się jedynie szepnąć.
             Nerwowo rozglądałam się dookoła. Nie potrafiłam zapanować nad ciekawością jaka się we tliła. Poznam zabójcę, a zarazem swojego ojca, którego tak długo szukałam. Nieuchwytny morderca idealny. 
            Niespodziewanie poczułam mocne uderzenie w głowę. Później była tylko ciemność. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Otworzyłam oczy. Pulsujący ból w okolicach skroni był nieznośny. Czułam zimno rozchodzące się po moim ciele.
            Miejsce wydawało się być mi znane. Półki zapełnione słoikami, ściany z cegły i zakurzona, mała kanapa. Piwnica w domu babci. Melbourne. Tak daleko od Sydney. Ostatnia nadzieja, że może mnie odnajdą znikła.
            Chciałam podnieść dłonie do góry, ale coś je blokowało. Spojrzałam w dół. Zamrugałam kilkakrotnie, dziwiąc się, że jestem przywiązana do krzesła. Serce zaczęło bić mi szybciej. 
            - Witaj, córko. 
            Rozejrzałam się dookoła, aż mój wzrok napotkał postać, stojącą w rogu pomieszczenia. A więc to jest ten moment. Poznaję zabójcę rodziców i babci, a także osobę, która skrzywdziła moich przyjaciół. Powinnam czuć szczęście, ale jedynie, co teraz miałam w bolącej głowie to strach. Nie tak sobie to wyobrażałam. Miałam go znaleźć, nasłać na niego policję, miał zgnić w więzieniu, a jak to się kończy? Siedzę przywiązana do krzesła i czekam z szybko bijącym sercem, aż zobaczę jego twarz. Twarz mojego ojca. 
            - Nie odpowiesz tatusiowi? - zapytał głos bardzo dobrze mi znany, którego wcześniej nie skojarzyłam. 
Nie odpowiedziałam. Czekałam, aż w końcu się pokaże. Musiałam mieć pewność, że moje nagłe przypuszczenia są słuszne. Nie chcę, aby takie były, bo załamałoby mnie to jeszcze bardziej.
            W ciemności zobaczyłam błysk. Coś miał w dłoni. Nóż? Podszedł bliżej, nadal bawiąc się przedmiotem, a gdy zobaczyłam jego twarz wszystko ustało. Mój koszmar senny stał się rzeczywistością. Blond włosy i delikatne rysy twarzy, które odziedziczyłam po nim i ciemnie, niemal czarne oczy, świdrujące dziurę w moim brzuchu. Pamiętam to. Wydarzenia z tamtego dnia znowu stanęły mi przed oczami, ale szybko je odegnałam.
            W tym momencie upewniłam się, kto jest moim ojcem. Czułam się zdradzona i oszukana. Chciałam móc temu zaprzeczyć, ale rzeczywistość jest brutalna.
            Niepokój narósł we mnie jeszcze bardziej. On był cały czas przy mnie, ale ja nie byłam tego świadoma. Zrobił dla mnie tyle dobrych rzeczy, a teraz, co? Okazuje się, że wszystkie jego działania miały na celu moje całkowite zniszczenie i psychiczne, i fizyczne.
            Całe nasze dochodzenie, strach, cierpienie i cała ta chora zabawa dążyła do tej chwili. Mojej śmierci w torturach. Uśmiechnęłam się do siebie.
            - Czy ty się uśmiechasz? – wychrypiał, ilustrując dokładnie moją twarz. 
            - Tak. 
            - Dlaczego? 
            - Bo wiem, kto jest zabójcą, kto wyrządził mi taką krzywdę. Przyszłam tutaj nie tylko po to, aby moi przyjaciele byli bezpieczni, ale też po to, aby w końcu się dowiedzieć wszystkiego. Chęć poznania prawdy, przezwycięży strach - zaśmiałam się nerwowo, chcąc rozładować napięcie, kumulujące się w moim wnętrzu. 
            Śmiech okazał się być błędem, bo poczułam jak coś ostrego przejeżdża po moim policzku. Krzyknęłam z bólu. 
            - Chcesz poznać całą prawdę od początku? - zapytał, a ja pokiwałam głową - Zróbmy tak. Za każdą ranę będę opowiadać ci kawałek historii, a gdy historia się skończy zabiję cię. 
            - Sadysta – syknęłam, biorąc głęboki wdech.
Nie miałam nic do stracenia. Prędzej czy później zabiłby mnie. Ból można wytrzymać jeżeli chodzi o tak cenną rzecz jak dowiedzenia się, za co zginęli moi rodzice. 
            - Nich będzie - szepnęłam. 
            Nóż wbił mi się w ramię, aż mogłam poczuć jak dotyka mojej kości. Krzyknęłam zaskoczona nagłą falą bólu. Zagryzłam wnętrze policzków, nie chcąc, aby moje krzyki sprawiały mu jeszcze większą radość. Mogłam tylko patrzeć jak moja skóra jest rozrywana na dwie części. 
            - To mi się podoba - mruknął zachwycony - Możemy zaczynać.
            Jęknęłam pomimo wszystko. Czułam jak mój organizm pragnie, aby mnie zabił. Mój mózg krzyczał, że podjęłam złą decyzję, chcąc, żeby opowiedział mi całą historię. Wiedziałam, że to dopiero początek cierpień. Takiego zła nie wyrządza się przez jakiś błahy powód. Cała historia musi mieć drugie dno, które ja muszę poznać.
            Powiedziałam, że chęć poznania prawdy przezwycięży strach. To prawda, bo przestałam bać się nawet tego, co mogę usłyszeć.
__________________________________________________________

Witam wszystkich!
Podoba mi się ten rozdział, co mocno mnie zdziwiło.
Mam nadzieję, że Wam także.
Coraz bliżej końca, bo zostały tylko 3 rozdziały + epilog.
Komentujcie!

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział 18

Luke 

            Siedzieliśmy wszyscy w pokoju szpitalnym chłopaków. Ashton zostanie już jutro wpisany, podobnie jak Lucas, który w krótkim czasie wrócił do zdrowia, dzięki szybkiej reakcji. Atmosfera była wręcz radosna, bo jak na razie nie czuliśmy się zagrożeni. Żadnych listów i wypadków od czasów Lucasa. Calum po raz kolejny szturchnął w ramię Davida, za co dostał w brzuch od bruneta, który starał się zasnąć. Każdemu wydało się być to zabawne, więc w pomieszczeniu słychać było śmiechy. 
           Zerknąłem na siedząca w kącie Naomi, która patrzyła na swoje dłonie i uśmiechała się lekko. Wydawała się być nieobecna. Obserwowała nas wszystkich jakby próbowała zapamiętać jak najdokładniej twarz każdego. Nie podobał mi się sposób w jaki się zachowywała. Znając ja powinna być wściekła za to, że próbowaliśmy coś przed nią ukryć, ale ona przystawała na naszą każdą propozycję. Nie ważne czy to było "Chodźmy gdzieś" czy ‘’Siedzimy godzinami w szpitalu, którego nienawidzisz". Była zbyt uległa względem nas, a jeszcze wczoraj chciała rozszarpać każdego, kto przyszedł do jej domu. Dziś? Dziś z radością odebrała telefon od Caluma i natychmiast przyjechała do szpitala taksówką, przepraszając nas za swoje zachowanie. 
            Nagle David usiadł i po raz kolejny przyłożył Calumowi w brzuch, co spotkało się z brawami. 
            - Zaraz wracam - powiedział i podtrzymując się na jednej kuli, zaczął kierować się do drzwi. 
            - David możemy porozmawiać? - Naomi poderwała się z miejsca i podeszła do przyjaciela. 
            - Jasne - odpowiedział jej i we dwójkę opuścili pomieszczenie. 
Zapadła całkowita cisza. Każdy patrzył w miejsce, w którym znikła Naomi. Chyba wszyscy myśleli o tym samym. 
            - Co się z nią stało? - spytał w końcu Calum, drapiąc się po głowie 
            Nikt nie odpowiedział. Jej zachowania nie dało się wytłumaczyć. Załamanie nerwowe? Nie, ona jest zbyt silna na to. Wahania nastrojów? Też nie pasuje, bo ciągle by się wściekła, a następnie byłaby radosna. Nic do siebie nie pasowało. 
            - Może wie kim jest zabójca, ale nie chcę nam powiedzieć - powiedział cicho Ashton, zwracając na sobie uwagę wszystkich. 
            - Coś ty - prychnął Calum i machnął dłonią - Gdyby tak się stało wpadła tu i śmiejąc się głośno, wykrzyczałaby to całemu światu. Znam ją, zrobiłaby tak. 
            - Wcale, że nie - zaprzeczyła Isabell, patrząc na swoje kolana - Nikt nie znam Naomi na tyle dobrze by wiedzieć, co zrobi. Nawet ja i David. 
            Ciężko mi to przyznać przed samym sobą, ale Izzy ma rację.
            Nikt tak naprawdę nie znam Naomi idealnie. Nikt nie wie, co zrobi, jak się zachowa, co powie. Nie jest wylewna i przewidywalna. Robi to, co słuszne i zaskakuje wszystkich dookoła, może czasami i samą siebie. Każdy zna Farell tylko na tyle, na ile ona sama pozwoli, czyli w minimalnym stopniu. 
            - Twoja słowa są tak prawdziwe, że aż bolą - powiedział cicho Diego, zaciskając usta w cienką linię. 
            Bliźniaków musiało to urazić, ale właśnie Isabell powinny najbardziej zranić jej własne słowa.
            Widziałem jak dziewczyna powstrzymuje łzy, chociaż nie było nad czym rozpocząć. Chyba, że dziwne zachowanie przyjaciółki, która poszukuje zabójcy swoich rodziców, zalicza się do tego typu sytuacji, podczas których trzeba płakać. 
            Calum wstał i podszedł do drzwi, a następnie lekko je uchylił. Wyjrzał na korytarz i skupił wzrok w jednym miejscu. 
            - Widzę ich. Chyba się kłócą. David macha dłońmi i krzyczy, bo słyszę jego głos, aż tu ale słowa się zlewają. Cholera. 
Hood zamknął szybko drzwi i wrócił na swoje miejsce. Popatrzył na nas ze zdziwieniem, nie wiedząc, co powiedzieć. Każdy z nas wie, że kłótnie Naomi i Davida to coś nadzwyczajnego i nienormalnego. Coś, co nie ma miejsca na porządku dziennym. 
            - Luke, porozmawiaj z nią - szepnęła Isabell, a reszta jedynie pokiwała głowami. 
            Do pokoju wróciła Naomi ze smutnym uśmiechem, ale oczami błyszczącymi z zadowolenia. David wszedł tuż za nią, powłócząc nogami, z grymasem złości wymieszanej ze zrezygnowaniem. 
Chłopak nie odezwał się ani słowem, jedynie położył się łóżku i ponownie próbował zasnąć. Tak samo jak Naomi, która usiadła koło mnie i splotła nasze palce ze sobą. 
Coś się schrzaniło. Coś przez, co będziemy mieli kłopoty, a najgorsze jest, że nikt nie ma zamiaru nas o niczym poinformować.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

           Wyłączyłem silnik samochodu na podjeździe Naomi. Powiedzieli, że muszę z nią szczerze porozmawiać i sam twierdzę, że to dobry pomysł. Stanąłem przed drzwiami domu i zapukałem. Po krótkiej chwili drzwi zostały lekko uchylone, a ja mogłem zobaczyć przestraszone spojrzenie błękitnych, przekrwionych oczu. Nie czekając na żadne zaproszenie, wszedłem do środka. 
           - Co się stało? – zapytałem, trzymając ją na długość swoich ramion i dokładnie ilustrując każdy milimetr jej twarzy. 
           - Nic - odpowiedziałam cicho - Po prostu znowu oglądałam ten album od Ericka. 
Wszedłem do salonu, ale nigdzie nie zauważyłem albumu. Okłamała mnie. Może miała powód, ale poczułem się urażony, że nie mówi mi prawdy. Może tak samo jak ja po tamtej akcji w Melbourne przestała mi ufać. 
           - Dziwnie się dziś zachowywałaś… - zacząłem, ale ona mi szybko przerwała. 
           - Moje zachowanie wczoraj było strasznie dziecinne, więc chciałam wam to wynagrodzić – powiedziała, machając dłonią - On tego chce. Chce, żeby pomiędzy nami tworzyła się przepaść, a ja nie dam mu tej satysfakcji. 
Pokiwałem głową, chociaż wiedziałem, że kłamie, bo jej rozbiegane oczy mówiły same za siebie. Westchnęłam w duchu, bo wiedziałem, że ona ma już ustaloną wersję i przy niej zostanie. 
           - Zostaniesz na noc? Nie mogę zasnąć i myślałam, że dzięki tobie będę czuć się bezpieczniej.
           - Okey – wykrztusiłem, zaskoczony jej słowami.
Wzięła mnie za rękę i pociągnęła na górę. Weszliśmy na piętro, a ona na chwilę zniknęła za drzwiami od pokoju swoich rodziców. Wyszła i zamknęłam pomieszczenie, trzymając w dłoni jakiś materiał. 
          - Masz bluzkę i dresy na przebranie. 
Podała mi ubrania i poszła do swojego pokoju. Wszedłem do łazienki i przebrałem się. Ubrania na mnie wisiały, ale dzięki temu były wygodniejsze. Ochlapałem twarz wodę i spojrzałem na swoje odbicie.
           Teraz jej zachowanie było jeszcze dziwniejsze. Mówiła krótko i zwięźle. Nie dodawała nic do siebie tylko przekazywała mi to, co chce i jest potrzebne. Była podenerwowana. Tak cholernie chciałbym się dowiedzieć, o co chodzi i jej pomóc. Nieważne w czym.
          Przeszedłem do pokoju Naomi, a ona już leżała w łóżku, patrząc w miejsce, w którym powinienem się pojawić. 
           - Wyglądasz zabawnie - uśmiechnęła się, naprawdę radosnym uśmiechem. 
Zgasiłem światło i poomacku odnalazłem jej łóżko. Położyłem się koło niej i ją objąłem. Cicho ziewnęła, a ja sam powtórzyłem jej czynność. 
           - Luke, potrzebuję twojej pomocy, aby dowiedzieć się, dlaczego to się stało, ale potrzebuję także ciebie, aby dać sobie radę. 
Przez chwilę trawiłem jej słowa, bo to jej najdłuższa wypowiedź tego dnia. Wiedziałem, że nie mówi tego od tak sobie. O coś chodzi. Musi to być poważna sprawa, ale za nic na świecie nie powie mi, o co chodzi, a ja nie chciałem psuć tej chwili.
           Podniosła się na łokciach i zawisła nad mną. W ciemności widziałem jej błyszczące oczy. Nachyliła się i pocałowała mnie. Jej dłonie odnalazły moje włosy, które po chwili zaczęła pociągać delikatnie, wywołując u mnie ciche westchnięcia. Objąłem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, aby mieć jej ciało jeszcze bliżej siebie. Delikatnie przejeżdżałem dłońmi po jej bokach, drapiąc ją, co chwilę po plecach. Przechyliłem głowę, pogłębiając pocałunek. Nie odrywając swoich ust od niej, przeturlałem nas tak, że teraz ona była pode mną. Zacząłem całować ją po linii pod policzkach, schodząc niżej. Naomi westchnęłam cicho, gdy przygryzłem skórę na jej szyi i zacząłem ją ssać. Pociągnęła mocniej za moje włosy, na co cicho mruknąłem. Wróciłem ustami do jej usta i pocałowałem ją przeciągle. Czułem jak Naomi wkłada w ten pocałunek swoje wszystkie emocje. Od tych całkowicie normalnych, aż po te skrajne, które nie powinny non stop być w żadnym człowieku. Miłość i trochę pożądania, a także strach oraz… Desperacja? Podniosłem się wyżej, aby widzieć jej całą twarz. 
           - Nie masz się, o co martwić. Zawsze będę przy tobie - szepnąłem, a ona westchnęła smutno. 
Może jednak wahania nastrojów? Przed chwilą była jeszcze radosna i uśmiechała się, a jej oczy błyszczały. Teraz wzdycha smutno. 
           - Połóżmy się spać - powiedziała cicho, a ja jedynie pokiwałem głową, nie wiedząc, co powiedzieć.
Wysunąłem dłoń po nią i przyciągnąłem do siebie. Pocałowałem czubek jej głowy i splotłem nasze palce. 
           - Kocham cię - szepnęła i schowała twarz w materiał mojej bluzki.
           - Ja ciebie też – odpowiedziałem, zamykając oczy.
 _________________________________________________________

Przepraszam, jednak nie wyszło tak fajnie jak myślałam, ale mam nadzieję, że podobał się fragment z Naomi i Luke'iem :)
Zostały 4 rozdziały + epilog!
Coraz bliżej końca!

Do zobaczenia za tydzień!

Chciałabym tutaj poinformować, że na moim drugim blogu rozdział pojawi się dopiero w czwartek.

piątek, 22 maja 2015

Rozdział 17

Naomi 

            Coś mi nie pasowało. Nikt nie pozwolił mi jechać do szpitala, abym posiedziała z chłopakami ani odwiedzić bliźniaków. Nie mogłam w ogóle wyjść z domu i ciągle ktoś ze mną był. W moim towarzystwie posyłano sobie ukradkowe spojrzenia. Coś ukrywają przede mną i kiepsko im to wychodziło. Jak widać bardzo chcieli, żebym została nieświadoma czegoś, co się stało.
            Spojrzałam na siedząca koło mnie na kanapie Isabell. Brunetka jadła kanapkę, wpatrując się w telewizor. Wiedziałam, że ma teraz trudności i zostawiłam ją z tym samym, ale to nie znaczy, że powinna się odgrywać na mnie ukrywaniem czegoś. Może pozostali namówili ją, żeby nic mi nie powiedziała, ale powinna zachować się jak przyjaciółka.
            - Izzy, co się dzieje? - zapytałam, a moja przyjaciółka drgnęła nerwowo. 
Teraz moje obawy się potwierdziły. Isabell zawsze była słabym kłamcą i nie potrafiła zbyt dobrze dochować tajemnic. A co ją zdradzało? Drygnięcia. Popełnili błąd, zostawiając ją ze mną.
            - Nic – rzuciła, zerkając na mnie ukradkiem. 
            Zadzwonił jej telefon, lecz zanim zdążyła go odebrać on już był w mojej dłoni, a ja w połowie biegu do łazienki. Isabell krzyczała za mną, ale ja się nie przyjmowałam. Nie pozwolę się okłamywać.
            Odebrałam połączenie od Michaela i przyłożyłam telefon do ucha. 
            - Stan Lucasa się poprawił. Otruł go strychniną, ale lekarzom udało się zneutralizować działanie tej substancji. 
            Upuściłam telefon i zakryłam usta dłonią. Mój ojciec otruł Lucasa, który w to wszystko nie był zamieszany. Kochanego Lucasa, który oprócz łamania serc jakimś dziewczynom, nie zrobił nigdy nic złego. Groził, że kolejną ofiarą może być któryś z bliźniaków, ale nie sądziłam, że naprawdę wplącze ich w to wszystko. Był bezwzględny w tym, co robił. Na wojnie wszystkie ruchy dozwolone, a on ma większe pole popisu, bo nie przejmuje się, że komuś stanie się krzywda. 
            Wyszłam z łazienki z kamiennym wyrazem twarzy. Kiedyś często tak wyglądałam, bo dzięki temu ukrywała, szalejące we mnie uczucia. Wręczyłam Isabell telefon i cicho powiedziałam:
            - Wyjdź. Nie chcę widzieć ani ciebie, ani reszty. 
            - Naomi... 
            - Nie - przerwałam jej - Po prostu wyjdź. 
            - Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji, o każdej porze. 
            Pokręciłam głową. Nie prawda. Właśnie pokazała mi, co innego okłamując mnie razem z resztą. Oni wszyscy pokazali, że nie mogę im ufać do końca. 
            Miałam wrażenie, że nasze względnie normalne życie po prostu się sypnęło, a zmieniło się w grę. Każdy próbuje przetrwać, ale nie powinno się oszukiwać osoby, która rozpaczliwie próbuje poznać prawdę i schwytać zabójcę rodziców. Kłamali, patrząc mi prosto w oczy. Nigdy tak się nie robi w dodatku, że Lucas to mój przyjaciel. 
            Isabell wyszła z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Weszłam do salonu i opadłam na kanapę. 
Wszyscy wiedzieli, co się stało, ale nikt nic nie powiedział. Nie wiem, dlaczego to zrobili. Ich intencje mało, co mnie obchodzą, bo to nie zmienia faktu, że nie poinformowali mnie, że mój ojciec prawie zabił Lucasa. 
            Zaczęłam cicho płakać. Czułam się strasznie źle, pokazując jaka jestem słaba. Odkąd to wszystko zaczęło się komplikować, czuję się coraz bardziej zagubiona. Nie czuję się silna. Cały mój zapał powoli znikał od kiedy ojciec zabił babcię, a całkowicie znikł w momencie kiedy Ash i David zostali postrzeleni. To było za dużo dla mnie, ale nie mogłam już zatrzymać biegu wydarzeń. Jeżeli przerwalibyśmy to, co zaczęliśmy nic by się nie zmieniło. Dalej bylibyśmy zagrożeni. On nie odpuści dopóki nie zginę, a nawet jeżeli wystawiłabym się na ostrzał on zabije każdego dookoła mnie, żebym się załamała, a dopiero później mnie. Miał rację. Ostatnie słowo będzie należeć do niego. To on wykona ostatni ruch, ale będzie to już niedługo, bo nie pozwolę, aby moi przyjaciele cierpieli przez moją głupotę. 
            Nie mogłam leżeć bezczynnie cały dzień i odrzucić wszystkich od siebie. Muszę jechać do szpitala. David potrzebuje rozmowy ze mną, Ashton kogoś kto będzie słuchał jego próśb o pomoc w ucieczce, a Lucas ogólnie moich przeprosin za złe zachowanie mojego ojca. Prychnęłam na swoje słowa. Ojciec. Złe zachowanie jakby chodziło o jego kulturę, a nie próbę zabójstwa. 
            Nie mam, co liczyć na jakąkolwiek podwózkę. Wykręciłam numer i zamówiłam taksówkę. Nie przejmując się swoimi wymiętymi dresami i niedbałym kokiem, wyszłam przed dom i niecierpliwiąc się z minuty na minutę coraz bardziej, czekałam na taryfę. Długie minuty oczekiwania pozwalały mi roztrząsać wszystko od nowa. Kłamstwa. Ojciec. Lucas. 
            Przede mną zatrzymało się żółte auto. Wsiadłam do środka, informując kierowcę, gdzie chcę dotrzeć. Mężczyzna nieudolnie próbował rozpocząć rozmowę, ale zbywałam go półsłówkami. Udało mi się w końcu zniechęcić kierowcę i w samochodzie zapadła cisza, która pozwoliła mi na dalsze ogarnianie myśli. Patrzyłam na okolicę za szybą do momentu, kiedy moim oczom ukazał się budynek szpitala. Mimowolnie coś we mnie się skurczyło na myśl o godzinach spędzonych w tym miejscu jako świeża sierota.
            Zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam z chłodnego samochodu na parny dwór. Powoli, a nawet niepewnie, zaczęłam iść w stronę szpitala. Bałam się, że bliźniacy mnie znienawidzą przez mojego ojca. Lucas za to, co mu zrobił, Diego za to, że próbował zabić jego brata. 
            Weszłam do środka i przywitałam się z recepcjonistką, którą znałam dzięki częstym wizytą w tym miejscu. Nie wiedziałam w jakiej sali leżał Lucas, ale David i Ash wiedzieli napewno. Brnęłam korytarzem pełnym ludzi w stronę pokoju chłopaków. Będą musieli mi powiedzieć. Nie mają innego wyjścia. Oni też nie zachowali się fair, ponieważ mogli zadzwonić i mi powiedzieć. Szczególnie David. Zawsze mówiliśmy sobie wszystko i nie okłamywaliśmy się. Co się stało? 
            Przed drzwiami usłyszałam śmiechy, co było normalne, bo zazwyczaj chłopaki mieli towarzystwo. Otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta, widząc Diego i Caluma, a na łóżku koło Ashtona i Davida, Lucasa. Zapadła cisza. Atmosfera stała się napięta. Czekali aż coś powiem, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Byli tutaj i się śmiali w najlepsze, gdy ja zamartwiałam się stanem Lucasa. Cały strach i niepewność znikły tak samo jak poczucie winy. Wszystko zastąpiła wściekłość, która swoją czerwienią przesłoniła moje racjonalne myślenie. 
            - Skurwiele – warknęłam, zastanawiając się na kogo jako pierwszego się rzucić - Nic mi nie powiedzieliście! 
            - Naomi, spokojnie - powiedział Calum, wstając z krzesła - To nie tak jak myślisz. 
            - Nie tak? – zapytałam, śmiejąc się - Nie okłamaliście mnie? Osoby, która rozpaczliwie poszukuje prawdy? A teraz siedzibie tutaj śmiejąc się? Pomyśleliście chociaż przez sekundę, co będę czuć, gdy się dowiem? 
            - Poczucie winy - szepnął Ashton, przecierając twarz - To czujesz, prawda? Nie chcieliśmy żebyś czuła się winna. 
            - Mylisz się – syknęłam, podchodząc powoli w jego stronę - Ja po prostu czuję, że nienawidzę was wszystkich. Tak bardzo was nienawidzę, że mam ochotę rozszarpać każdego po kolei. Przyszłam tu, żeby przeprosić, porozmawiać, ale widząc jak bardzo jesteście szczęśliwi chyba sobie to daruję. 
            Byłam już krok od Ashtona, ale ktoś powstrzymał mnie przed podejściem bliżej. W jednej chwili stałam na ziemi w kolejnej wisiałam na ramieniu Caluma, wrzeszcząc różne przezwisko pod adresem chłopaków. Cal wyniósł mnie z pokoju, a następnie ze szpitala. Nie zwracał uwagi na dziwne uwagi lekarzy. Miał cel. Wynieść mnie z tego miejsca. Postawił mnie na ziemi dopiero na dworze.             Oddychałam ciężko i patrzyłam na niego wściekłym wzrokiem. Zrobił coś czego nigdy się po nim nie spodziewałam. Uderzył mnie otwartą dłonią w policzek. Zszokowana dotknęłam swojej twarzy jakby ból był tylko dziwnym wymysłem mojego umysłu. 
            - Co to, kurwa, miało być? - zapytał głosem pełnym jadu - Wychodzimy z sobie żebyś się nie załamała, a ty, gdy się dowiedziałaś, postanowiłaś zachować się właśnie tak? 
Zaśmiałam się najpierw z powodu głupoty jego słów, a później niemal płaczliwie, kiedy dotarł do mnie sens jego słów. 
            - Oszukaliście mnie - szepnęłam - Nie daję już rady, a wy mnie oszukaliście. To był jak cios w plecy. Dziwisz się, że tak zareagowałam? 
Brunet zmieszał się, ale tylko na chwilę. 
            - Możesz nas nienawidzić, ale robimy to dla ciebie. Jesteśmy w bagnie, a ty już powoli zaczynasz zachowywać się jakbyś oszalała. 
            - Dokładnie tak się czuję - powiedziałam cicho. 
Poczułam dłonie Caluma na swoich ramionach, które chciały mnie do siebie przyciągnąć, ale ja delikatnie go odepchnęłam. Pokręciłam jedynie głową, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa, widząc zranione spojrzenie bruneta. 
            - Nie mam siły na rozmowę z tobą – mruknęłam i powoli zaczęłam się wycofywać.
Byle jak najdalej od tego smutnego spojrzenia Cala.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Biegłam w deszczu w stronę restauracji, w której byłam umówiona z Erickiem. Nieudolnie próbowałam osłonić się skórzaną kurtką przed kroplami wody. Weszłam do restauracji i nie wiedziałam, co zrobić. Sala oblana czerwienią i złotem z chodzącym z gracją kelnerami. Elegancko ubrani ludzie patrzyli na mnie kątem oka. Erick wysłał mi adres godzinę temu i napisał tylko, żebym ubrała się jak na wyjście do kosztownej restauracji. Założyłam czarne rurki i białą koszulę z cienkiego materiału, myśląc, że żartował. Okazało się, że jednak nie. 
            Dłonią przesunęłam po materiale koszuli i poszukałam wzrokiem Ericka. Siedział przy dwuosobowym stoliku tuż koło okna. Ubrany w garnitur, lekko zmierzwionymi blond włosami i zamyślonym wzrokiem wbitym w menu, wyglądał jak młody chłopak, wracający z udanej rozmowy o pracę. Usiadłam przed nim z wymuszonym uśmiechem. Musiałam mi jednak wyjść dziwny grymas, bo Erick zaczął z zainteresowaniem, przyglądać się mojej twarzy. 
            - Dlaczego się uśmiechasz jeżeli nie chcesz? – zapytał, patrząc na mnie swoimi ciemnymi tęczówkami, a od jego spojrzenia przeszedł mnie dreszcz - Co się stało? 
            - Zwykła kłótnia ze znajomymi – odparłam, zbywając jego pytanie, machnięciem dłoni. 
            Erick sięgnął po coś do swojej aktówki. Położył przede mną, wyglądającą na starą, książkę obłożoną brązową skórą. Spojrzałam niepewnie na mężczyznę, a on skinął głową, zachęcając mnie do otworzenia. Widząc pierwszą stronę, zatkałam sobie usta, aby nie wydobył się z nich pisk radości. Kolejne zdjęcia moich rodziców, które widziałam po raz pierwszy. Przekartkowałam w pośpiechu resztę i czułam napływające szczęście, które powodowała duża ilość fotografii taty i mamy. Wstałam gwałtownie z krzesła i rzuciłam się na szyję Erickowi. 
            - To najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam - powiedziałam przez łzy. 
            - Cieszę się. Uznaj, że to drugi prezent urodzinowy - odpowiedział i otarł moje mokre policzki – Zamówmy coś, bo jeszcze nic dziś nie jadłem. 
Zdziwiłam się, bo nie dawał mi żadnego prezentu. Prawdopodobnie chodziło mu o to zdjęcie, więc pokiwałam tylko głową i wróciłam na swoje miejsce. Z czystej grzeczności zamknęłam album i odsunęłam go na bok. Spojrzałam ostatni raz tęsknię na brązową skórę i skupiłam się na słowa Ericka. 
            - Polecam ci zestaw szefa albo danie dnia. 
            - Wezmę coś na słodko, na przykład półmisek lodów z owocami. 
Posyłałam mu uśmiech, a on od razu zawołał kelnera i złożył zamówienie. 
            - Zapomniałbym - rzucił i uderzył się w głowę. Zaczął grzebać w aktówce, aby po chwili wyjąć z niej pogiętą kopertę - Ktoś zostawił ją za wycieraczką mojego samochodu. Zdziwiłem się, bo jest zaadresowana do ciebie. Chyba jakiś twój cichy wielbiciel, który widział nas razem.
Puścił mi oczko, a ja zaśmiałam się pomimo, że nie miałam na to ochoty, bo dłonie już zaczęły i się pocić ze zdenerwowania.
            - Czy mogę? - zapytałam niepewnie, biorąc od niego list. 
            - Jasne - machnął dłonią. 
            Rozerwałam papiery i wyjęłam ze środka kartkę. Nie musiałam czytać, żeby wiedzieć, co mnie czeka. Dużo mnie kosztowało, aby ukryć dławiący strach, gdy zaczęłam czytać. 

Widzę, że masz nowego przyjaciela, a ja wiem, gdzie mieszka twój prawnik. 
Chcesz więcej ofiar? Jasne mogę to załatwić. 
Dam Ci szansę, ale tylko jedną. 
Jutro o północy przyjdziesz na cmentarz, pod grób swoich rodziców, będę tam czekać i wszystko się skończy. 
Obiecuję, że zostawię ich w spokoju chyba, że komuś powiesz albo będziesz miała ze sobą telefon. 
Zawsze chodziło tylko o ciebie. 
Możesz to skończyć kosztem cierpienia i śmierci. 
Odważysz się?
Pozwolisz mi wygrać tę grę?

            Zgniotłam list w dłoni i schowałam do kieszeni spodni. Przede mną pojawił się półmisek lodów. Miałam ochotę zwymiotować. 
            - Coś poważnego? Może odwiozę cię do domu albo mogę jakoś pomóc? - zapytał Erick zatroskanym głosem. 
            - Błahostka – odpowiedziałam, starając się żeby mój głos brzmi beztrosko - Bierzemy się za jedzenie. 
            Mieszałam lody, próbując zahamować pęd moich myśli, ale skupienie się na rozmowie z Erickiem było trudniejsze, gdy ojciec zaproponował mi zakończenie gry, w którym to on zwycięża. Pytanie brzmi czy odważę się to wszystko skończyć?
__________________________________________________________

Witam Was wszystkich!
Mam wyjątkowo dobry humor, bo uważam, że jest to najlepszy rozdział jaki napisałam od dłuższego czasu. Może nie jest on idealny, ale przeszłam sama siebie!

Jak Wam się podoba końcówka? Moim zdaniem najlepszy fragment całego rozdziału, ale czekam na Wasze opinie.

Jestem podekscytowana, bo zostało 5 rozdziałów + epilog, czyli koniec już tuż, tuż! Tak samo poznanie tożsamości zabójcy.

Do zobaczenia w następny weekend! :)