wtorek, 17 marca 2015

Nowy blog!


Hej wszystkim!

Nie pojawiam się z nowym rozdziałem, lecz z nowym blogiem!
Nie wiem czym mój pomysł na niego wypali, ale jestem pozytywnie nastawiona, a pomysł mi się podoba.
Jeżeli jesteście zainteresowani zapraszam Was do zakładki "Survive even the end of the world.".

Pozdrawiam, Pike Perch!

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 7

Naomi

            To przeze mnie Luke prawie został zabity. Co jeżeli komuś z nich coś się stanie? Kolejna śmierć? Gdybym wiedziała, co przeze mnie będą przechodzić, nigdy nie zdecydowałabym się na to wszystko. Babcia dalej chodziłaby na co piątkowe zawody w bingo, moi przyjaciele nie byliby zagrożeni, a ja… A ja dalej byłabym tą samą, zrozpaczoną dziewczyną, której ciężko jest pozbierać się po utracie rodziców. Powrót do Sydney był złym pomysłem, ale rozpoczęcie tej sprawy jeszcze gorszym.
- Powinnam to skończyć – mruknęłam.
- Co ty tam mówisz pod nosem? – zapytał Luke, nie spuszczając wzorku z ulicy.
            Obejrzałam się na tylne siedzenia, aby upewnić się, że każdy śpi i nie usłyszy naszej rozmowy. Chłopaki i Izzy spali jak zabici, co potwierdzały ciche pochrapywania, po dziesięciu godzinach jazdy. Było to jedyne zajęcie pomagające przyśpieszyć mijanie czasu.
            Słońce już dawno wzeszło, rozganiając do końca granat nocnego nieba, a zegarek wskazywał za dziesięć szóstą w momencie, gdy wjechaliśmy do Melbourne.
- Uważam, że to zaczyna robić się coraz niebezpieczniejsze i trzeba z tym skończyć za nim ktoś ucierpi – powiedziałam.
- To twoja decyzja – rzucił.
Kolejny raz skręcił i w oddali dostrzegłam niewielki dom pomalowany na żółto ogrodzony niskim, metalowym płotkiem.
- Tam – wskazałam na budynek, który jeszcze parę dni temu należał do mojej babci.
            Luke wjechał na podjazd i zgasił silnik. Wyskoczyłam z samochodu i rozsunęłam tylne drzwi. Wyciągnęłam walizkę i pozostawiając blondynowi obudzenie reszty, ruszyłam w stronę wejścia. Z małej kieszonki z przodu walizki wyciągnęłam brzęczący pęk. Wybrałam mały, złoty kluczyk i włożyłam go do zamka, a następnie dwa razy przekręciłam. Drzwi poleciały do przodu po naciśnięciu klamki. 
            Wnętrze było urządzone masywnymi meblami z poprzedniej epoki, ale miało w sobie to coś. Duży, jasny salon połączony z kuchnią i korytarz prowadzący w głąb domu. Małe drzwi tarasowe i ogromny ogród. Każda rzecz w tym domu jest częścią mnie, bez której znikłoby wiele moich wspomnień.
            Półka nad telewizorem, którą kiedyś David zrzucił piłką. Wypalone dziury w dywanie przez Lucasa i Diego trzy lata temu, kiedy próbowali nauczyć mnie palić podczas nieobecności babci. Musieliśmy jej się długo tłumaczyć. Ślady farby na ścianach, które były oznaką mojego szczęśliwego dzieciństwa z dziadkami jako animatorami wszelkich zabawach, na które zawsze mi pozwalali.
            Zostawiłam walizkę w przedpokoju i skierowałam się do salonu, gdzie padła na kanapę w kremowym kolorze z jednym ciemnym miejscem. Przeciągnęłam dłonią po zagłówku w miejscu, gdzie razem z Izzy pozostawiłyśmy czerwoną plamę wina, które w wieku szesnastu lat próbowałyśmy z ciekawości. Babcia śmiała się z nas, że nie potrafimy ukryć swojej głupoty i przez to tak łatwo wpadamy w tarapaty. 
- Ostatni raz byłam tu pół roku temu - mruknęła Isabell, siadając koło mnie i dokładnie ilustrując wzrokiem każdy element otoczenia - Domek dalej jest czy już się go pozbyłaś?
Dostrzegłam w jej oczach nadzieję i podekscytowanie. Wglądała jak małe dziecko mające nadzieję, że jego rodziców kupi mu upragnioną zabawkę.
- Sprawdź - odpowiedziałam Izzy, a ona zerwała się z miejsca.
Zauważyłam jedynie jak przez chwilę siłuje się z drzwiami tarasowymi, a następnie wybiega do ogrodu. Uśmiechnęłam się pod nosem, wiedząc jaka będzie reakcja przyjaciółki. 
- Gdzie Isabell? - zapytał Michael, ciągnąc za sobą walizkę brunetki. 
Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo usłyszałam głośny pisk. Zielonowłosy rzucił wszystko, co miał w dłoniach i pobiegł szybko w stronę źródła krzyków. Widząc jego zachowanie, wybuchałam śmiechem.
- Kurw, Isabell, myślałem, że coś ci się stało! - krzyknął Michael.
Reszta weszła i popatrzyła na mnie dziwnie. Otarłam łzę i wskazałam palcem na drzwi tarasowe.
- Isabell, złaź z tego drzewa! - zagrzmiał głos Mikey'go.
- Nie! - odmówiła mu brunetka. 
Chłopaki zaczęli śmiać się razem ze mną. Tego potrzebowaliśmy. Sytuacji, która rozładuje całe napięcie i chwilowo rozgoni mój smutek. Izzy w domku na drzewie i Michaela, który stara się o jej bezpieczeństwo to zabawne połączenie. Moja przyjaciółka jest nieprzewidywalna, a zielonowłosy odrobinę zbyt nadopiekuńczy względem jej, więc wszystko może się wydarzyć.
            Wstałam z kanapy i ruszyłam w stronę tarasu. Wyszłam na zewnątrz, a chłodne i rześkie powietrze owiało moją twarz. Patrzyłam na Mikey’ego, który stojąc pod drzewem, patrzył na Isabell wyglądającą z okienka domku na drzewie. Dziewczyna uśmiechała się i posyłała buziaki chłopakowi, który wyglądał jakby miał zaraz tam wejść, aby ją ściągnąć, a następnie ściąć drzewo żeby już nigdy tam nie wróciła. 
- Pasują do siebie - mruknęłam sama do siebie i wróciłam do środka. 
Chłopaki prawie zasypiali, rozłożeni na kanapie, a Calum cicho pochrapywał. 
- Są dwie sypialnie oraz łazienka i kuchnia do waszej dyspozycji - powiedziałam - Ja przejdę się na komisariat. 
- Sama? - zapytał Luke.
- Izzy ze mną pojedzie - odpowiedziałam mu, posyłając uśmiech. 
Wyciągnęłam telefon zza gumki legginsów i wybierając numer taryfy, wyszłam ponownie na taras. Po oznajmieniu przez taksówkarza, że podjedzie pod dom za dziesięć minut, pomachałam do Isabell. Dziewczyna zeszła w końcu za ziemię i całując Michaela w policzek podeszła do mnie.
- Co jest? - spytała radośnie.
- Pojedziesz ze mną na komisariat?
- Jasne - powiedziała i wzięła mnie pod rękę.
Nie przejmując się swoim wyglądem, pożegnałyśmy się z chłopakami i wyszłyśmy przed dom.     Czekałyśmy w ciszy. Brunetka wiedziała, że potrzebuję teraz ciszy, aby przygotować się na rozmowę, która nie może skończyć się dobrze. Wiedziałam jak będzie ona wyglądać, lecz nie czułam się na siłach żeby ją odbyć. Smutek, który odczuwałam po stracie rodziców na nowo wezbrał się we mnie.
            Kolejne czynności wykonywałam automatyczne. Wsiadłam do taksówki, aby następnie po paru minutach jazdy z niej wysiąść. Weszłam pod schodach na komisariat. W rejestracji zapytałam się o Johna Dickensa. Weszłam na trzecie piętro, a następnie korytarzem na lewo pod drzwi numer 216 według instrukcji.
            Otrząsnęłam się dopiero, gdy stanęłam pod biurem komisarza Dickensa. Wzięłam głęboki oddech i bez pukania weszłam do środka. Isabell stąpała krok w krok za mną. Przy biurku siedział młody mężczyzna, którego postarzał zmęczony wyraz twarzy. Wyprostował się w fotelu, widząc niezapowiedzianych gości.
- Naomi Farell? - zapytał komisarz, na co ja pokiwałam głową – Wcześnie pani przyjechała. To ktoś z rodziny?
Przytaknęłam nie ufając mojemu głosowi, który mógł zdradzić jak bardzo boję się tego co powie.
- Tak naprawdę jestem jej przyjaciółką, ale teraz jej jedyną rodziną - mruknęła Izzy.
- Usiądźcie - powiedział, a ja wykonałam jego polecenie - Emily Farell, matka twojego ojca została zbita trzy dni temu. Odkryliśmy to, gdy pani Crochner, zaniepokojona nie pojawieniem się twojej babci na popołudniowych grach w bingo, zadzwoniła do nas.
            Reszta rozmowy odbyła się przy akompaniamencie moim wybuchów płaczu i prób zaprzeczeniu słowom komisarza. Wiedziałam, że to wszystko prawda, a nie jakiś głupi żart, lecz nie chciałam tej myśli do siebie dopuścić. Pragnęłam poznać prawdę, ale nie taką. Takiej prawdy nikt nie chciałby poznać.
            Jak przez mgłę pamiętam próby uspokojenia mnie przez Isabell. Wszystko zostało zamazane przez łzy, które obficie spływały po moich policzkach. Pozwoliłam wyprowadzić się z budynku, a następnie odwieźć do domu radiowozem. Czułam się jak w jakimś amoku zaprzeczenia. Ciągle kręciłam głową, nie pozwalając dopuścić do siebie prawdy. Nie miałam nawet siły wysiąść z samochodu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Siedziałam na łóżku w pokoju babci i wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Nie przypominałam siebie. Dziewczyna z pustym wzrokiem i bladą twarzą, ubrana w czarną, prostą sukienkę przed kolano z blond włosami, zasłaniającymi połowę twarzy to napewno nie ja. Co z tego, że osoba w lustrze powtarzała każdy mój ruch? Nie czułam, że tą osobą jestem ja.
- Naomi - szepnęła Isabell, patrząc na mnie przez lekko uchylone drzwi - Musimy już jechać.
Powoli ruszyłam w stronę przyjaciółki, której twarz wyrażała troskę. Czy teraz każdy będzie tak na mnie patrzeć? Wzięłam ją pod rękę, posyłając słaby uśmiech. Przeszłyśmy przez korytarz do salonu, gdzie czekała czwórka chłopaków ubranych w garnitury. Każdy patrzył na mnie ta samo jak Isabell.
- Nie patrzcie tak na mnie - mruknęłam.
Zmieszani spuścili głowy i bez słowa wyszli na zewnątrz. Pogoda na dworze odpowiadała mojemu nastrojowi. Deszcz spadał gęsto, mocząc moją twarz podczas, gdy zamykałam na klucz drzwi. Izzy pociągnęła mnie do już odpalonego samochodu Luke'a. Zostałam wciśnięta na miejsce koło Caluma, który pomimo moich słów dalej patrzył się na mnie z bardzo widoczną troską.
- Trzymasz się? – zapytał brunet, gdy Luke wyjeżdżał autem z podjazdu.
            Pokręciłam jedynie głową. Przez całą drogę ignorowałam wszelki próby Cala, mające na celu nawiązanie jakiejkolwiek rozmowy. Wyglądałam przez okno i wsłuchiwałam się w bębnienie deszczu o dach samochodu.
            Nieświadomie wstrzymałam oddech, gdy wjechaliśmy na parking pod cmentarzem. Zostałam delikatnie wypchnięta przez Caluma na zewnątrz, trafiając pod jeden parasol z Isabell. Czułam jak moje serce zaczyna bić coraz szybciej z każdym krokiem, który zbliżał mnie do grupy ludzi ubranych na czarno. Widziałam wszystkich. Pana Samantio, Lucasa i Diego, panią Collins i wielu ludzi, których nawet nie znałam. Ksiądz wygłaszał jakąś mowę, co oznaczało, że ceremonia już trwa od dłuższego czasu, a my się spóźniliśmy. Widząc ciemnobrązową trumnę, zatrzymałam się i nie pozwoliłam prowadzić się dalej. Izzy zauważyła mój opór i nie naciskała żebyśmy podeszły bliżej. Resztę pogrzebu stałam razem z przyjaciółką i chłopakami na tyłach grupy bliskich osób mojej babci. Czekałam aż duchowny wypowie ostatnie słowa i pozwoli pożegnać się z babcią, lecz kiedy ten moment nastał nie czułam się gotowa. Siłą woli podeszłam do trumny i stanęłam nad nią pozwalając, aby pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach.
- Babciu - szepnęłam - Dziękuję za wszystko. Kocham cię i przepraszam za to.
Odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem odeszłam za nim ktoś zdążył zareagować. Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać. Zaczęłam biec. Zwolniłam widząc samochód Luke'a. Oddychając ciężko oparłam się na dłoniach o maskę samochodu Luke'a. Nie powinnam od tego uciekać tylko zostać tam i smutno się uśmiechać, gdy ktoś będzie składał mi kondolencje. Zachowałam się jak idiotka opuszczając pogrzeb babci. Krople deszczu mieszały się z moimi łzami. Byłam całkowicie przemoczona.
- Naomi!
Odwróciłam się w stronę głosu, a moja głowa zderzyła się z czyimś torsem. Spojrzałam w górę i ujrzałam błękitne tęczówki. Przywarłam do blondyna, mocno go obejmując.
- Chodź wejdziesz do samochodu.
Weszłam do środka w ostatniej chwili chwytając wzrokiem czarną postać, stojącą na niedużym wzniesieniu niedaleko miejsca pogrzebu. Kurtyna deszczu idealnie rozmywała sylwetkę obserwującej nas osoby.
- Luke, on tu jest – szepnęłam, wskazując na punkt za jego plecami.
Blondyn obejrzał się za siebie, aby sekundę później zasłonić mi widok swoją osobą. Popatrzył mi w oczy.
- Skup się teraz na mnie - powiedział - Nie przejmuj się nim. Zapomnij o całym dzisiejszym dniu i słuchaj teraz mnie.
- Nie, nie, nie - szeptałam pod nosem - On.
Nie ukrywał się z tym, bo nie bał się konsekwencji swoich czynów. Chciał zobaczyć jak znów upadam na samo dno i nie potrafię się podnieść.
            Umilkłam, sprawdzając wszystkie za i przeciw temu, co mam zamiar uczynić. Luke patrzył na mnie uważnie, oczekując, że zaraz zacznę płakać, ale ja zrobiłam coś czego się nie spodziewał. Szybko zerwałam się z miejsca i zanim zdążył zareagować byłam już z powrotem na zewnątrz. Szybkim krokiem zmniejszałam odległość między mną, a mordercą moich rodziców i babci. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam jak Luke wychodzi z samochodu. Nie chcąc pozwolić, aby mnie zatrzymał, przyśpieszyłam. Mężczyzna pod drzewem, widząc moje niespodziewane zachowanie uciekł. Dziś się zemszczę. Zaczęłam go gonić między nagrobkami zmarłych. Zatrzymałam się dopiero, gdy znikł mi z oczu. Obróciłam się dookoła, próbując dostrzec jakikolwiek ruch, ale padający deszcz ograniczał moją widoczność.
- Wyłaź tchórzu! – krzyknęłam – Nagle zacząłeś się mnie bać!?
Nikt mi nie odpowiedział.
            Ponownie nabrałam powietrza do płuc, aby znów krzyknąć, ale ktoś szarpnął mnie za łokieć. Stanęłam twarzą w twarz z Hemmingsem, którego widok w tej chwili rozdrażnił jeszcze bardziej. Spiorunowałam go wzrokiem, próbując wyszarpać swój łokieć z jego stalowego uścisku, ale wiedziałam, że moje wysiłki są daremne. Westchnęłam mimo woli i pozwoliłam poprowadzić się do samochodu. Luke’owi ani przez myśl przeszło, aby mnie puścić, bo bał się, że znów pobiegnę. Mylił się. Teraz to już nic nie da.
            Blondyn rozsunął przede mną drzwi samochodu, a ja nie stawiając oporu, weszłam do środka. Poziom adrenaliny zasilającej mój organizm powoli opadał.
- Popieprzyło cię? – warknął Luke – Rozumiem, że twoja babci nie żyje…
            Przerwał, wiedząc jaki katastrofalny błąd popełnił. Popatrzył na mnie przerażonym wzrokiem, oczekując na moją reakcję, która była do przewidzenia, gdy zaczęłam trzeźwo myśleć i ponownie uświadamiałam sobie dlaczego tu jesteśmy.
            Wybuchłam płaczem. Właśnie dostałam psychicznego, prawego sierpowego. Skuliłam się obejmując ramionami nogi. Jestem pewna, że nic nie pomoże mi się wygrzebać z tego stanu. Dzień w dzień będę się budzić i dostawać na śniadanie bolesną prawdę, oświadczającą, że teraz straciłam także babcię.
            Luke zgarnął mnie w swoje objęcia i próbował uspokoić, co wychodziło mu bardzo kiepsko, bo doprowadził mnie do jeszcze gorszego załamania. Zamiast rzucać tekstami typu ‘’wszystko będzie dobrze”, powtarzał, że śmierć mojej babci to nie moja wina. Dzięki niemu uświadomiłam sobie, że gdyby nie ciągnęło mnie tak bardzo do odkrycia ej cholernej prawdy babcia żyłaby nadal. To moja wina.
            Pamiętam jak reszta przyszła do nas i wróciliśmy do domu. Lądowałam w objęciach każdego po kolei. Czułam się jak szmaciana lalka, podawana z rąk do rąk. W pewnej chwili coś się zmieniło. Nie przytulała mnie jedna osoba, lecz dwie. Spojrzałam po twarzach i zauważyłam Lucasa i Diego z zaczerwienionymi oczami. Też płakali, bo znali moją babcię naprawdę długo. Wtuliłam się mocniej w bliźniaków pozwalając, aby nasz wspólny smutek wyparował razem z moimi ostatnimi łzami.
- Hej - powiedział Diego - Czy te dziury w dywanie to te same, które zrobiliśmy parę lat temu w wakacje?
Pokiwałam głową, a chłopaki uśmiechnęli się. Takie wspomnienia podnoszą na duchu. Po chwili bliźniacy parsknęli śmiechem, a ja dołączyłam do nich. Siedzieliśmy przytuleni do siebie i cicho śmialiśmy się z niewiadomego powodu.
- Jesteśmy tacy głupi – mruknęłam, trzymając się za brzuch.
- Nie - zaprzeczył Lucas - My jesteśmy głupi nie ty. Przez całą tragedię jaka cię dotknęła, musiałaś szybciej dorosnąć i stać się odpowiedzialna, a teraz? Aż głupio to mówić. Jesteś młodsza od nas o dwa lata, ale za to poważniejsza.
Roześmiałam się ponownie, a chłopaki popatrzyli na mnie jak na wariatkę.
- Nie mówcie tak o mnie - powiedziałam błagalnym tonem - Macie pracę i zarabiacie na życie, a ja postanowiłam zrezygnować ze studiów, ponieważ mam wrażenia, że przez cały ten dramat rodzinny nie dam rady. Ja najnormalniej w świecie boję się.
Bliźniacy pokręcili głowami zażenowani moimi słowami.
- Słońce ty nasze - zaczął Diego - Wiemy jak ciężko przeżywa się stratę kogoś z rodziny, bo nasza mama zginęła w wypadku, ale ty to przetrwałaś. Jesteś silna. Życie dało ci tyle razy kopa w dupę, ale ty i tak się nie poddałaś. Rozumiem, że się boisz. To normalne, ale my wszyscy wiemy, że szybko podniesiesz się i pokażesz, że Naomi Farell nigdy się nie poddaje, bo tak robisz za każdym razem.
            Oparłam głowę na dłoniach, zastanawiając się na słowami bliźniaków. Jako osoba, która straciła rodziców musiałam w pewien sposób nauczyć się zadbać o siebie i pokazać, że nie jestem zagubionym dzieckiem. Było mi ciężko, ale poradziłam sobie z pomocą najbliższych w tym babci. Teraz, gdy jej nie ma, pomimo wszystko nie zostałam sama. Mam przyjaciół, którzy zastępują mi rodzinę. Nie powinnam się bać i przez to wycofywać, bo będzie to oznaczać, że dałam się zniszczyć człowiekowi, który zabił moich rodziców i babcię. Nie dam mu tej satysfakcji. Nigdy. Podniosę się z wysoko uniesioną głową i bezczelnie uśmiechnę się do wszystkich przeciwności losu. Wiem, że będzie to trudna i mozolna praca, ale wykonalna.
- Dziękuję – powiedziałam cicho - Pomogliście mi w pewnym stopniu.
- Wiem, wiem - rzucił Diego - Czy ja naprawdę muszę być taki wspaniały?
Popatrzyłam na niego pytająco, a on przeczesał dłonią włosy i posłał mi zniewalający uśmiech.
- Pomagam innym wyjść z depresji.

___________________________________________________________

Witam wszystkich!

Rozdział krótki, przeznaczony głównie na przemyślenia Naomi.
Nie ma tu zbyt dużo akcji. Nich dziewczyna sobie trochę odpocznie od tego, bo później może być tylko gorzej. ;)

Życzę miłego weekendu!
Do zobaczenia za tydzień.



piątek, 6 marca 2015

Rozdział 6

Luke

- Nie możemy jej powiedzieć o tym akcie urodzenia. Załamie się jeszcze bardziej- rzekł Calum, głęboko oddychając.
            Biedak. Nie dość, że ma niesamowitego kaca to jeszcze zestresował się całą sytuacją, ale był gotów wyjść z łóżka i jechać ze mną do Naomi, gdy reszta nadal nie mogła się podnieść.
            Pośpiesznie pokonaliśmy odległość między furtką, a drzwiami. Weszliśmy do środka bez pukania i usłyszeliśmy płacz. Prowadzeni dźwiękiem, dotarliśmy do kuchni, gdzie skulona na podłodze siedziała Naomi. Łzy obficie spływały po zaczerwienionych policzkach, a dłonie drżały przy każdym ruchu. Patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany, bo nie sądziłem, że coś może doprowadzić ją do takiego stanu. Wydaje się niezwykle krucha w tym momencie, aż boję się, że najmniejszym dotykiem wyrządzę jej krzywdę.     
            Calum wyręczył mnie i podszedł do dziewczyny z wyciągniętymi ramionami. Naomi, dostrzegając jego gest wstała i przywarła do niego całym swoim ciałem. Brunet gładził ją po włosach i szepnął coś do ucha, na co dziewczyna pokiwała głową. Bez wysiłku podniósł Naomi i przeniósł na kanapę. Dziewczyna nie chciała go puścić nawet, gdy siedli. Było widać, że uspokaja się pod wpływem słów Caluma.
            Mój wzrok przykuła koperta, leżąca na stoliku. Wziąłem ją do ręki i wyciągnąłem zawartość. Dwie kartki i zdjęcie. Przeczytałem zapiski, które okazały się być listami. To on. Napisał do niej i w dodatku groził. Spojrzałem na fotografię. Była ona zrobiona dnia, w którym jedliśmy śniadanie u Naomi. Zdjęcie nie zrobione przez nikogo z nas. Dziwne. Przyjrzałem mu się uważniej i zrozumiałem, że zostało wykonane ze sporej wysokości. Odpowiedź sama pojawiła się w mojej głowie.
- Cal - powiedziałem, a chłopak popatrzył na mnie - Znajdź tę kamerę i odłącz ją, a podczas tego przeczytaj to.
Podałem mu kartki, które brunet od razu zaczął przeglądać, robiąc co raz bardziej zdziwioną minę.
            Zająłem jego miejsce i wyciągnąłem ramiona, chcąc przytulić płaczącą dziewczynę, lecz ona odsunęła się ode mnie. Popatrzyłem na nią i ponowiłem swoją próbę, lecz ta znów oddaliła się ode mnie.
- Co się stało? – zapytałem, marszczą brwi.
Naomi spojrzała na mnie smutno i pokręciła głową. Przed oczami pojawiła mi się chwila, gdy razem z blond dziewczyną wychodziłem z kuchni. Naomi patrzyła na mnie dokładnie tak samo jak teraz tyle, że jej oczy nie były czerwone od łez. Chyba ją zraniłem tym, co zrobiłem na urodzinach bliźniaków. 
- Przepraszam - westchnąłem - Nie wiedziałem, że mnie lubisz i jakoś zareagujesz na to z imprezy.
- Nienawidzę cię – wychrypiała, robiąc obrażoną minę i chowając twarz w dłoniach.
            Oddychała płytko i szybko, co mogło oznaczać tylko kolejną porcję łez. Pomimo narastającej we mnie paniki, wywołanej niewiedzą w pocieszaniu, przysunąłem się do niej. Tym razem nie protestowała, więc objąłem ją ramieniem i przytuliłem do siebie. Wolną dłoń położyłem rozpostartą na jej kolanie. Dziewczyna  niepewnie położyła swoją dłoń na mojej i pozwoliła, abym splótł nasze palce. Nie było w tym nic romantycznego, raczej coś w stylu "nie martw się, jestem tu z tobą". Cholera, może to jednak było trochę romantyczne i całkiem przyjemne. Naomi rozluźniła się całkowicie i oparła się o mnie bokiem. Gładziłem kciukiem jej dłoń, patrząc kątem oka na jej twarz. Wydaje się być taka delikatna, gdy pociąga co chwilę małym noskiem, a z zaczerwienionych oczu płynął pojedyncze łzy.
- Mam - oznajmił Calum, wchodząc do salonu i rzucając na stolik małe urządzenie - Potrzebujemy Ashtona. On to rozgryzie.
- Nie - szepnęła Naomi, wstając z kanapy.
Śledziłem ją wzrokiem, dopóki nie znikła na schodach. Popatrzyłem z Calem po sobie i już miałem się podnieść, gdy przyjaciel mnie zatrzymał.
- Daj jej chwilę dla siebie - powiedział i stanowczo pociągnął mnie z powrotem na kanapę - Ja też się o nią martwię, pomimo, że nie znam jej dobrze to ją lubię.
- Wiem - westchnąłem - On próbuje ją zniszczyć, a my nadal nie wiem kto to.
- Musiał długo to wszystko planować - Calum pomasował się po skroniach - Mamy przynajmniej kamerę.
            Ma rację. To tylko domysły, ale na to wychodzi. Zabójca musiał to wszystko solidnie zaplanować i dzięki temu ma nad nami przewagę. Trzeba jakoś temu zaradzić inaczej nie skończy się to dobrze dla nikogo, a szczególnie dla Naomi. Czuję potrzebę ochrony tej drobnej blondynki, wynikającą z sam nie wiem czego. Nie ma to żadnego powiązania z jej obecnym stanem, bo wiem, że jest silna i poradzi sobie ze wszystkim.
- Cal - zacząłem niepewnie - Czy jest możliwość, że może mi zależeć na Naomi?
- Jest inna niż wszystkie twoje byłe – powiedział, patrząc mi w oczy - Czy ci na niej zależy? Bardzo prawdopodobne, ale na to pytanie tylko ty sam możesz odpowiedzieć.
Prychnąłem sfrustrowany, podnosząc się z miejsca. Ruszyłem w stronę schodów, a Calum kroczył tuż za mną. Stanąłem przed uchylonymi drzwiami do pokoju dziewczyny. Słyszałem ciche pociąganie nosem. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka. Naomi siedziała na podłodze plecami do nas i pakowała do małej walizki ubrania.
- Co ty robisz? - zapytał Cal, a blondynka odwróciła się.
- Muszę jechać do Melbourne, uregulować wszystkie sprawy z pogrzebem - powiedziała, a ręce jej się załamały - Zostałam sama. Utknęłam w tym całym bagnie.
- Hej - rzucił brunet podchodząc do dziewczyny - Sama w tej chorej sytuacji nie utknęłaś. Masz nas.
Naomi rzuciła mu się na szyję i mocno do siebie przytuliła.
- Dziękuję - szepnęła, puszczając go po dłuższej chwili - Zadzwoniłam do Isabell. Powiedziała, że ze mną pojedzie, więc musimy wszystko wstrzymać do mojego powrotu. 
- My też z tobą pojedziemy - wyrwało mi się - Pożyczę samochód od ojca. Zmieścimy się wszyscy.
Naomi popatrzyła na mnie zdziwiona, a Calum uśmiechając się, pokiwał głową. 
- Em, okey - wykrztusiła z siebie - Możemy jechać dziś w nocy?
- Jasne. Czemu nie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            Idiota, idiota, idiota. Co ja sobie myślałem, proponując jej coś takiego?
            Chodziłem w kółko po swoim pokoju, gdy nagle usłyszałem trzaśnięcie drzwiami i głos ojca oznajmujący, że jest w domu. Zbiegłem po schodach na dół i zobaczyłem taty, siedzącego w jadalni oraz mamę stawiającą przed nim talerz z obiadem. Obydwoje mieli jakieś dobre humory, bo ciągle się uśmiechali. Może mi się poszczęści. Usiadłem na krześle koło ojca, a moja noga sama zaczęła nerwowo podskakiwać.
- Hej tato - zacząłem - Słuchaj jest sprawa.
- Mów - powiedział, patrząc na mnie wyczekująco. 
- Pożyczyłbyś mi jeepa na kilka dni, bo razem ze znajomymi chcemy jechać do Melbourne, a mój samochód jest za mały? - wyrzuciłem z siebie na jednym wdechu.
- Jasne.
- Tato, ale ja... - przerwałem - Czy ty się zgodziłeś?
- Tak - odpowiedział mi – Na kiedy?
Zawahałem się przez chwilę. Ojciec ponaglił mnie ruchem dłoni.
- Na teraz – mruknąłem.
- Bierz.
Popatrzyłem na niego zdziwiony, a on zaśmiał się.
- Jesteś pełnoletni i wierzę, że potrafisz o siebie zadbać, a po za tym jesteś na studiach, więc powinieneś się wyszaleć.  
            Uśmiechnąłem się szeroko i wykrzykując słowa podziękowania, pobiegłem do swojego pokoju. Wysłałem smsy do chłopaków, aby byli ze wszystkim u mnie za godzinę oraz do Naomi potwierdzając nasz wyjazd. Słońce powoli zachodziło, a ja niechętnie postanowiłem się spakować. Wyciągnąłem z szafy walizkę i wpakowałem do niej najpotrzebniejsze rzeczy, układając na wierzchu garnitur. W końcu jedziemy na pogrzeb. 
            Rzuciłem się na łóżko, analizując na nowo moją rozmowę z Calumem, którą odbyłem po wyjściu od Naomi. Po przez moją propozycję udowodniłem mu, że zależy mi na tej dziewczynie. Co z tego jeżeli ona jest obojętna względem mnie? Chociaż jej zachowanie o tym nie świadczy. Zraniłem ją moim wyskokiem na imprezie. Może jednak coś między nami jest.
            Usłyszałem dzwonek do drzwi. Złapałem walizkę i przeskakując parę schodków naraz, znalazłem się na dole. W drzwiach stała mama gawędząc z chłopakami, którzy sztucznie śmiali się z jej kiepskich żartów. Niestety moja drętwa i poważna matka to nie pani Clifford. Tata stał z tyłu podrzucając błyszczący klucz do samochodu. Podszedłem do niego z wyciągniętą dłonią.
- Ani jednej rysy – pouczył mnie.
- Dobrze.
Ze szczęścia pozwoliłem nawet wyściskać się mamie.
- Bawcie się dobrze! – krzyknęła kobieta, gdy wyjeżdżałem z podjazdu.
            Chłopaki całą drogę rozmawiali o całej sytuacji związanej z Naomi, którą streścił im Calum. Ich wyraz twarzy zmienił się z zafascynowanego na zdziwiony, a następnie w smutny.         Skręcając w ulicę, na której mieszka Farell, dostrzegłem w mroku dwie sylwetki. Już czekały. Zatrzymałem się przy dziewczynach, które zasłoniły oczy przed światłem reflektorów.
- Kto prowadzi pierwszy? – zapytałem w momencie, kiedy Michael rozsunął drzwi, aby wpuścić dziewczyny do środka.
- Ja mogę – rzuciła Calum, zwalniając miejsce koło Naomi.
Wysiadłem z samochodu i przechodząc koło bruneta, uśmiechnął się do mnie poruszając brwiami. Pokręciłem głową z dezaprobatą. Usiadłem na trzech ostatnich miejscach tuż koło Naomi.
            Uważam, że nie był to najlepszy pomysł, aby pozwolić Calumowi usiąść za kółkiem. Przez niego podróż zaczęła się potwornie. Cal przez przypadek wrzucił wsteczny i zamiast pojechać do przodu prawie uderzył w samochód za nami, co przyprawiło mnie o zawał serca.
- Spokojnie – szepnęła Naomi, która ciągle mi się przyglądała.
- Ten idiota – specjalnie podniosłem głos – Prawie rozpieprzył samochód mojego ojca.
- Czego się po mnie spodziewałeś – prychnął Hood – Moje auto jest na złomowisku po tym jak zapomniałem zaciągnąć ręcznego.
            Michale i Isabell, siedzący przed nami, parsknęli śmiechem, a Ashton, zajmujący miejsce koło Caluma ,pokręcił głową. Zawsze był tym poważnym, ale jego pomysły bywają równie dziecinne jak u przedszkolaków.
            Zapadłem się w fotelu, a Naomi posłała mi współczujący uśmiech. Wyglądała lepiej. Jak widać rozmowa z przyjaciółką jej pomogła. Oczy miała lekko podpuchnięte, a nos zaczerwieniony od ciągłego wydmuchiwania. Miała na sobie czarne legginsy oraz bordowy, rozciągnięty sweter i zero makijażu, a blond włosy związała w oklapniętego koka. Pewnie dla większości facetów jej wygląda byłby odpychający, ale dla mnie i tak wyglądała pięknie. Dostrzegłem, że w dłoni gniecie koc pod kolor swetra, co musiało być oznaką zdenerwowania.
- Jak się trzymasz? – zapytałem, co chyba nie było najlepszym pomysłem.
Jej dolna warga zaczęła niebezpiecznie drgać, a błękitne oczy zaszkliły się. Gdy już myślałem, że dziewczyna wybuchnie, ona wzięła głęboki wdech i zacisnęła mocniej koc w dłoniach.
- Jakoś daję sobie radę – odparła – Dowiedziałam się, że urząd zorganizował pogrzeb na pojutrze i udało mi się obdzwonić wszystkich najbliższych babci.
Jak na załamaną osobę jest naprawdę zorganizowana. Chyba już opanowała negatywne emocje i skupia się na najważniejszym. 
- Mam ochotę od tego uciec – dodała po chwili, wzdychając.
- To do ciebie nie podobne – powiedziałem – Gdzie podziała się ta pewna siebie dziewczyna?
- Umarła razem z ostatnim najbliższym członkiem jej rodziny – mruknęła, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
Otarłem ją kciukiem, a dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Jesteś silna – zacząłem – Nie wiem jak to jest stracić bliską osobę, ale popatrz. Nie jesteś sama. Masz Isabell, bliźniaków, nas i pewnie wiele innych osób, którym na tobie zależy i są gotowe ci pomóc. Na mnie możesz zawsze liczyć.
Wystawiłem dłoń przed siebie. Naomi zawahała się przez chwilę, ale splotła nasze palce, a ja zacisnąłem je mocniej. Czułem się dobrze, widząc smutny, lecz zawsze jakiś uśmiech na jej twarzy, gdy patrzyła na nasze dłonie. Wiem, że to nic wielkiego, ale było to przyjemne uczucie, móc czuć jej delikatną skórę.
- Luke – szepnęła sennie – Lubię cię, ale nie chcę na razie o tym myśleć.
- Też cię lubię – mruknąłem i zjechałem niżej w fotelu pozwalając, aby oparła głowę na moim ramieniu – Prześpij się. Miałaś ciężki dzień.
Naomi ziewając jakimś cudem nakryła naszą dwójkę kocem, chowając się pod nim całkowicie.
Co ta dziewczyna ze mną robi?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

            O dziwo, pierwsze trzy godziny drogi minęły bez podobnych wypadków jaki miał miejsce na samym początku podróży. Calum rozmawiał ze mną i Ashtonem, nie spuszczając wzroku z drogi.
- Zatrzymamy się Melbourne na dłużej? – zapytał Ash.
- Pewnie tak – odpowiedział Hood – Myślałem o jakimś małym wypadzie, który rozluźni atmosferę.
Calum skręcił na parking pod całodobową stację benzynową. Zaparkował niedaleko wyjścia i wyjął kluczyki ze stacyjki.
- Kto teraz prowadzi? – spytał, przeciągając się w siedzeniu.
- Mogę ja – zaproponowałem, lecz on zaczął kręcić głową, a Irwin mu zawtórował.
- Ty zostajesz tam – rzucił Ashton – Ja przejmę rolę kierowcy.
Uniosłem brew i już miałem zacząć protestować, lecz oni już wysiedli. Rozsunęli drzwi i w tym samym momencie wyciągnęli za nogi Isabell i Michaela, którzy spali przyklejeni do siebie. Wybuchła kłótnia. Isabell, trzymana w ramionach Asha uderzała go i krzyczała, a Michael, siedząc na ziemi, wyzywał Caluma.
- Czemu oni się kłócą? – spytała cicho Naomi, wychylając głowę spod koca.
- Mieli nieprzyjemną pobudkę – odpowiedziałem – Jeszcze jakieś siedem godzin i będziemy w Melbourne.
Blondynka jęknęła i z powrotem schowała się pod kocem.
- Kupić ci coś?
- Sok pomarańczowy i coś słodkiego – mruknęła – Proszę.
Puściłem jej dłoń i wysiadłem z samochodu, patrząc kątem oka jak dziewczyna opada na fotele. Razem z chłopakami weszliśmy do sklepu. Skierowałem się do lodówki i wyciągnąłem parę butelek soku. W drodze do kasy złapałem jakieś opakowanie ciastek i rzuciłem wszystko na ladę. Rudowłosa kasjerka przywitała mnie znudzonym głosem i policzyła należność. Zapłaciłem za zakupy i już miałem wyjść, lecz Calum powstrzymał mnie, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu.
- Widzisz ten samochód na końcu parkingu? – zapytał.
Spojrzałem we wskazanym kierunku i po dłuższej chwili dostrzegłem go.
- Tak – przytaknąłem, przyglądając się małemu, srebrnemu Fordowi.
- Jedzie za nami odkąd wyjechaliśmy z Sydney – szepnął – Nie mów nic dziewczynom.
Pokiwałem głową i wyszedłem ze sklepu w momencie, gdy z srebrnego samochodu ktoś wysiadł. Czarna postać zbliżała się w moją stronę. Dzieląca nas odległość zmniejszyła się do dziesięciu metrów i wtedy osoba z Forda wyciągnęła przed siebie dłoń, w której coś zaciskała.
            Huk i zostałem zwalony z nóg. Michael przygniatał mnie swoim ciałem i patrzył przestraszony na osobę przed nami. Znów wymierzył w nas. Mikey wstał i zaczął ciągnąć mnie za sobą w stronę dużego śmietnika. Kolejny wystrzał, a ja poczułem kulę, przelatującą koło mojej głowy, gdy przeturlałem się w bok.
- Luke! - krzyknęła Naomi, która wyglądała przez uchylone drzwi samochodu.
Czarna sylwetka zwróciła swoją uwagę na dziewczynę i zaczęła w nią celować. Blondynka zamarła w bezruchu, a tuż za nią widziałem bladą jak ściana twarz Isabell. Idiotki!
- Zamknijcie te cholerne drzwi! - wydarł się Ashton i rzucił czymś w strzelającego.
            Przedmiot uderzył w głowę przeciwnika i upadając roztrzaskał się. Szklana butelka. Genialny pomysł Irwin! Napastnik zachwiał się, lecz nie upadł ani nie wypuścił broni. Wręcz przeciwnie. Chwiejnym krokiem zaczął uciekać, strzelając w nas na oślep tym samym ignorując dziewczyny w samochodzie. Cal z Ashem schowali się za półkami w sklepie od razu po rzucie Irwina. Zaciskałem mocno powieki, gdy kula za kulą wbijały się w metalowy śmietnik, za którym się chowałem. Wychyliłem się delikatnie i spojrzałem w stronę naszego samochodu. Do szyby przyciskała się Naomi i Isabell, obserwując dokładnie całą sytuację. Czułem adrenalinę, krążącą w moich żyłach i przyspieszone bicie serca. Kolejne strzały, czyli kolejne chybienia. Wyjrzałem ponownie i zobaczyłem jak czarna postać niezgrabnie wsiada do małego Forda i z piskiem opon odjeżdża.
            Odetchnąłem głęboko. Koniec. Adrenalina znikła z mojej krwi, a ja poczułem się zmęczony. Wszystko wina tych emocji i świadomość, że mogłem dostać kulką w łeb. 
- Naomi, zostań w tym cholernym samochodzie!  - krzyknął Ashton, kucając przede mną - Luke, wszystko dobrze? 
Popatrzyłem w oczy przyjacielowi i pokręciłem głową. Nic nie jest dobrze. Ktoś do mnie mierzył z broni i tylko dzięki Michaelowi nadal żyję. Zamknąłem oczy i zacząłem głęboko oddychać.
- Jedźmy stąd - mruknąłem.
- Kasjerka była na zapleczu i prawdopodobnie nic nie widziała, bo nie wybiegła przestraszona - powiedział Ashton, idąc w stronę samochodu - Nie będzie problemów. 
Wsiadłem do samochodu i opadłem na swoje poprzednie miejsce. Gdy tylko zasunięto drzwi Ash odpalił silnik i ruszył, chcąc jak najszybciej opuścić parking. Michael podał mi reklamówkę, którą upuściłem przed wejściem do sklepu.
- Twój sok - powiedziałem do Naomi, kładąc jej na kolanach zakupy.
Dziewczyna popatrzyła na mnie jak na idiotę, lecz po chwili jej mina zmiękła i owinęła swoimi ramionami moją szyję.
- Przestraszyłam się, że cię trafił - szepnęła.
Martwiła się o mnie. Czyli jednak jej na mnie zależy. Wszystkie uczucia ze mnie uleciały, pozwalając zastąpić się szczęściem. Jestem idiotą. Przed chwilą zostałem prawie zabity, ale wystarczy mi tylko zainteresowanie ze strony tej dziewczyny, abym poczuł się szczęśliwy. Nagle Naomi odsunęła się ode mnie i poczułem dotyk jej dłoni na swojej. 
- To nic nie znaczy - mruknęła i oparła głowę na moim ramieniu.
- Nic, a nic - odpowiedziałem jej z uśmiechem, na co dziewczyna prychnęła rozbawiona. 


___________________________________________________________

Witam wszystkich!
Zauważyłam, że coraz więcej osób czyta mojego bloga.
Jest to dla mnie duża motywacja. :)
Dziękuję Wam!

Z miejsca proszę o wybaczenie Amnesia'ie za każdy błąd jaki znajdzie.
Starałam się jak najdokładniej sprawdzić ten rozdział. ;)

Przypominam o zakładkach "Wasze blogi" i "Już niedługo!".

Życzę wszystkim miłego tygodnia i do zobaczenia w następny piątek. :)